Gdzie wyjeżdżają e-śmieci?

Podczas gdy rozwój technologii postępuje z roku na rok, okazuje się, że stare sprzęty elektroniczne wcale nie umierają tak szybko. Wręcz przeciwnie – mogą wieść całkiem długie życie, zwiedzać morza i oceany oraz poznawać odmienne kultury.

Elektrośmieci – odpady ze zużytych urządzeń elektronicznych. Jak się łatwo domyślić, nie przynoszą ich bociany, lecące do ciepłych krajów, by ominąć chłodne zimy. Nie wyrastają też w sałacie tudzież w ryżu czy na bananowcach. Najczęściej przypływają promami. Kontener wypełnia się odpadami, a na wierzch kładzie się kilka sprzętów wyglądających całkiem sprawnie. Taki zabieg pozwala ominąć regulacje ograniczające handel odpadami niebezpiecznymi (w tym − elektrycznymi).
Eksperci Programu Środowiskowego szacują, że każdego roku na świecie produkowanych jest 50 mln ton elektrośmieci. W krajach wysokorozwiniętych telefony komórkowe zmieniają się średnio co dwa lata, komputery – niewiele rzadziej. Rocznie w Stanach Zjednoczonych wyrzuca się 50 mln komputerów (według badania IBM z 2014 r.), a w Europie – 100 mln komórek (według danych IGSK). Do tego dochodzą telewizory, iPody, tablety; a także sprzęty, które wymienia się rzadziej: lodówki, zamrażarki, pralki etc.
Właściwie realizowany recykling jest drogi. W dodatku brakuje punktów odzysku, a i potencjalni inwestorzy nie zgłaszają się zbyt tłumnie. Agencja Ochrony Środowiska (United States Environmental Protection Agency) przypuszcza, że tylko 15-20 proc. elektrośmieci jest recyklingowanych. Pozostała część trafia do spalarni i na składowiska.

Jak wyrzucić śmieci?

Okazuje się jednak, że śmieci wcale nie jest tak łatwo wyrzucić. W krajach rozwiniętych przeciw składowiskom śmieci protestują albo ekolodzy, albo mieszkańcy, niekiedy znajdą się jeszcze prawnicy, udowodniający łamanie przepisów. Co zatem można zrobić? Najlepiej − znaleźć odpowiednio duży śmietnik, którego użycie nie wzbudzi zbyt głośnego sprzeciwu. Ponieważ Marsjanie nie dają znaku życia (lub komunikują się tylko z wybranymi jednostkami), Mars wydawałby się idealnym kandydatem. Niestety wysokie koszty oraz protesty naukowców uniemożliwiają przedsięwzięcie wysyłania tam odpadów.
W dodatku wystrzeliwanie śmieci w kosmos generuje duże zagrożenia dla statków kosmicznych (tak, szczoteczka do zębów i worki ze śmieciami z pokładu radzieckiej stacji Mir oraz rękawica Eda White’a krążące w tej chwili po pozaziemskiej przestrzeni są nadzwyczaj niebezpiecznymi przedmiotami). Konwencja ONZ (z dnia 29 marca 1972 r.) zastrzega, że państwo, które prowadzi działalność w kosmosie jest odpowiedzialne za szkody, które wyrządza statkom i obiektom znajdującym się na orbicie okołoziemskiej. Może być więc zobowiązane do sfinansowania wysokiego odszkodowania. Ponadto potencjalny dewastator naraża się na nieprzyjemne konsekwencje polityczne (zniszczenie statku kosmicznego przy pomocy wystrzelonych w kosmos odpadów łatwo mogłoby urosnąć do rangi międzynarodowej afery).
Wszystko to razem wiąże się z inwestycjami większymi niż koszt ziemskiego recyklingu, nie wspominając już o tym, że prawdopodobieństwo powrotu śmieci na naszą planetę jest bardzo duże ze względu na siłę przyciągania. Śmietników zatem szuka się (na razie) na Ziemi. Najlepiej w krajach azjatyckich i afrykańskich, słabo rozwiniętych lub rozwijających się. W związku z tym opłaca się celników i rządzących, a zatem – biznes kwitnie (znacznie lepiej niż przyroda, która nie dostosowując się do etykiety – więdnie z roku na rok). Miejscowi mają zatrudnienie i dostają za nie wynagrodzenie, a czasem nawet wchodzą w posiadanie jakiejś zabłąkanej sprawnej części.

Recycling – szybko, prosto i tanio

Dzielnica Agbogbloshie w Akrze, stolicy Ghany. W powietrzu unosi się gęsty, czarny dym gryzący w oczy. Pochodzi ze stale palonych w tym regionie ognisk. Nie, to nie wieczny zjazd miłośników grilla ani śpiewających przy ognisku harcerzy. To miejsce pracy, a ognisko to powszechnie stosowana technologia „recyclingu” sprzętów elektronicznych.
Proces wygląda następująco: pracownik wybiera ze stosu dowolne urządzenie – na przykład telewizor. Następnie przygotowuje dwa kamienie (ewentualnie łom lub młotek). Jeden podkłada pod obudowę, drugi bierze do ręki i zaczyna nim uderzać z całej siły w ekran. Aż do skutku. Z wnętrza wyciąga kawałek miedzianego kabla, magnezu lub inne towary, które może sprzedać handlarzowi metalów kolorowych. Pozostałości wrzuca do ogniska, by wytopić plastikową obudowę. I już. Telewizor został „zrecyklingowany”. Pracownik – najczęściej młody mężczyzna – może teraz wybrać lodówkę i powtórzyć czynności.
Za strój ochronny służą mu starte dżinsy oraz bawełniany T-shirt. Jeśli pracownik uplasuje się w top najbardziej przedsiębiorczych pracowników, zarobi nawet 10 euro (ok. dwudziestu cedi wg miejscowej waluty) na dzień. Jeśli jest niedoświadczony i ma mniej sprytu – jego dzienny zarobek prawdopodobnie nie przekroczy 1 euro (dwóch cedi).

Dobrze jest

Guiyu w północno-wschodnich Chinach. Położone na wybrzeżu Morza Chińskiego raczej nie jest opisywane w przewodnikach jako dobre miejsce na spędzenie wczasów, ale oficjalnie nie ma żadnych przeciwwskazań. Można tam przecież w miarę bezpiecznie oddychać. Picie miejscowej wody jest raczej niewskazane, jeszcze półtora roku temu dwukrotnie przekraczała normy stężenia ołowiu. Gdyby przechodzący turysta wypatrzył gdzieś roślinę owocową, raczej nie powinien próbować zerwać owocu. Gleba prawdopodobnie nadal jest nasycona metalami ciężkimi, które następnie są absorbowane przez rośliny.
Jeszcze w 2005 r. nad „recyklingiem” pracuje tu około 60 tys. osób. Specjalizują się w pozyskiwaniu złota, srebra, palladu i miedzi. Najczęściej – z płytek drukowanych (czyli elementów laptopów czy telewizorów, na których montuje się podzespoły w sprzętach elektronicznych). Stosują jeden z dwóch sposobów. Pracownik zanurza płytkę drukowaną w kwasie albo wytapia podzespoły na dużych rozgrzanych blachach. Nad drobinkami złota, srebra, palladu i miedzi unoszą się toksyczne opary, których wdychanie ma podobne skutki do łykania trutki na szczury.
Każdego dnia pracownicy czekają na przyjazd około 100 ciężarówek, które dostarczają nowych elektrośmieci. Guiyu uchodzi za największe składowisko odpadów elektronicznych na świecie. Ten gigantyczny śmietnik zajmuje mniej więcej 52 km kwadratowe, co prawie równa się powierzchni Bermudów. Wodę pitną przywozi się tu ciężarówkami z innych regionów. Mimo tych środków zapobiegawczych 80 proc. dzieci cierpi na ołowicę, czyli zatrucie ołowiem (obecnym w zatrutych wodach gruntowych).
Kiedy media nagłaśniają tę sprawę, rząd chiński interweniuje. Rozpoczyna proces oczyszczania terenu i inwestycji. Po kilku latach w Guiyu można w miarę bezpiecznie oddychać. Oficjalny komunikat brzmi: Chiny inwestują w recykling. UNU (University of United Nations) wydaje raport: The Global E-waste Monitor 2017. Alarmuje, że pomiędzy 2010 a 2015 r. liczba elektrośmieci zasypujących Chiny podwoiła się. Przetwarzanie śmieci rzeczywiście się rozwija. Niestety nie technologicznie czy ekologicznie, lecz… można powiedzieć – topograficznie. Po prostu przenosi się do innych miast.

Przecież jesteśmy eko

Stany Zjednoczone, zachodnia Europa − bycie eko jest modne. Tak samo jak posiadanie nowych smartfonów, nowych notebooków i picie kawy z jednorazowych kubków (ale już nie przez plastikową słomkę!). W tym czasie w junkyyardach młodzi mężczyźni wdychają metale ciężkie, które powodują raka płuc, nerek, choroby układu krążenia i inne. Do ziemi przenikają skażone ołowiem, rtęcią i kadmem popioły. Rtęć dodatkowo uwalnia się do atmosfery i osadza się nie tylko w płucach ludzkich mieszkańców tych terenów, lecz także w drogach oddechowych wszystkich pozostałych organizmów żywych. Co więcej, w takiej formie trucizna może pokonywać znaczne odległości. W miejscach poparzeń, skaleczeń i zadrapań na niezabezpieczonej skórze często rozwijają się stany zapalne. Starszych ludzi pracujących na składowiskach jest bardzo mało. Nietrudno się domyślić, dlaczego.
Przepaść między tym, co uchodzi za normę w krajach rozwijających się a tym, co w krajach rozwiniętych, jest wręcz trudna do uwierzenia. Tak samo jak warunki pracy spalaczy śmieci. Precedens ten ma miejsce od lat i różne organizacje ekologiczne starają się mu przeciwdziałać, ale bez wsparcia legislacyjnego – ich działania są zblokowane.
W 1992 r. weszła w życie Konwencja Bazylejska, międzynarodowa umowa dotycząca kontroli transgranicznego przemieszczania i usuwania odpadów niebezpiecznych (w tym elektrośmieci). W uproszczeniu zakłada ona, że odpady powinny być usuwane w państwie, w którym zostały wytworzone, a jeśli muszą już być usuwane w innym, to proces ten nie może zagrażać ludzkiemu zdrowiu i środowisku. Do 2010 r. konwencja została ratyfikowana przez 170 państw. Ratyfikacji odmówiły między innymi Stany Zjednoczone (mimo podpisania dokumentu w 1990 r.) i nic nie wskazuje na to, by miały to zrobić w najbliższym czasie. To oznacza, że mogą legalnie eksportować i importować e-śmieci oraz inne niebezpieczne odpady. Zupełnie przeciwnie niż Chiny, które konwencję podpisały, ale wiele wskazuje na to, że dosyć często łamią jej postanowienia.
Niestety, występuje to także w Europie. Między kwietniem a wrześniem 2017 r. organizacja Basel Action Network za pomocą nadajników GPS wyśledziła drogę 314 sprzętów elektronicznych pochodzących z dziesięciu krajów UE. Najgorzej wypadła Wielka Brytania, ale odpady eksportowano także z Niemiec, Włoch, Irlandii, Hiszpanii. Do niechlubnej grupy należała też Polska, ale tu dotyczyło to tylko jednego z 20 zbadanych sprzętów (importerem okazała się Ukraina). Nasz kraj znalazł się również wśród państw, do których wwozi się śmieci, chociaż daleko jej do plasujących się na szczycie krajów afrykańskich (kolejno: Nigeria, Ghana, Tanzania).

Długo i szczęśliwie

Nie oznacza to jednak, że w kwestii recyklingu elektrośmieci Polska może być z siebie dumna. Wręcz przeciwnie. Jak wskazuje „Puls Biznesu”, w naszym kraju zbiera się tylko 40 proc. tego, co zostało wprowadzone na rynek. W 2021 r. wejdą w życie nowe przepisy unijne, które nakazują podnieść tę liczbę do 65 proc. Aż 90 proc. zebranych sprzętów powinno być poddawanych recyklingowi, co może stanowić ogromne wyzwanie i doprowadzić do rozwoju czarnego rynku (np. demontażu starego sprzętu na złomowiskach i w instalacjach bez wychwytu gazów).
Obecnie w Polsce zjawisko porzucania starych lodówek, komputerów i innych sprzętów elektronicznych na obrzeżach śmietnisk (a nawet lasów) jest dość powszechne. Za takie praktyki grozi kara od 500 do 5 tys. zł, chociaż w praktyce takie grzywny nie są często stosowane. Na niejednym osiedlowym śmietniku króluje stary telewizor czy inny zużyty sprzęt oznaczony symbolem przekreślonego kontenera. Oznacza on, że zużyty sprzęt powinien trafić do odpowiedniego punktu. Wszystkie gminy są zobowiązane udostępnić mieszkańcom informację o znajdujących się na ich terenie firmach zbierających zużyty sprzęt oraz adresach prowadzonych przez nie punktów. Czasami różne organizacje czy hipermarkety prowadzą zbiórki elektrośmieci i odbierają je bezpośrednio z domów.
Opcji jest wiele, ale chęci i świadomości konsumentów – znacznie mniej. Zwłaszcza że część konsekwencji takiego stanu rzeczy mogą ponieść obywatele innych krajów – za morzami i za oceanami. A śmieci będą żyły długo i szczęśliwie – niszcząc glebę, wodę oraz ludzkie zdrowie.

No votes yet.
Please wait...