Ukojenie w nieważkości

Nie ma znaczenia, czy przygrzewa słońce, czy lód pokrywa jezioro, oni zawsze gotowi są wziąć butlę na plecy i zanurzyć się w zimnej, spokojnej toni. I chociaż znajdują się wiele metrów pod poziomem morza, bliżej im do gwiazd niż tym, którzy stąpają po ziemi.

Piętnastolitrowa butla z czynnikiem oddechowym waży 18 kg, pas z ołowiem, służący za balast – 8 kg, a „skrzydło”, czyli kamizelka ratowniczo-wypornościowa, to kolejne 8 kg, jakie zakłada na siebie Alicja. Do tego dochodzi jeszcze waga automatów, latarki, kołowrotka i boi. Na lądzie wszystko to ciąży nieprzyjemnie, ale w wodzie ta masa nie ma już takiego znaczenia. Alicja klaruje sprzęt – przykręca automaty do butli, sprawdza, czy wszystko działa, czy powietrze nie śmierdzi olejami, czy manometr i automaty są sprawne. Tuż przed zejściem pod wodę jeszcze raz sprawdza wszystko jej buddy (partner, z którym pływała). SAFETY FIRST! – jak mówi motto International Diving Federation; od poprawnego działania sprzętu zależeć będzie jej życie, więc nie może sobie pozwolić na lekkomyślność i zaniedbanie. Dopiero gdy są absolutnie pewni, że wszystko jest sprawne, Alicja i jej partner zanurzają się. Ostatnie sprawdzenie funkcjonowania sprzętu i pokazują sobie znak OK. Rozpoczynają nurkowanie. Od teraz mogą liczyć tylko na swój ekwipunek i siebie nawzajem.

Ulubiona zabawka

Irek przychodzi na spotkanie w koszulce z ludzikiem skierowanym głową w dół w otoczeniu bąbelków, a na szyi ma naszyjnik z rybką. Spotykamy się w kawiarni niedaleko basenu Prawy Brzeg. Zaraz po naszym spotkaniu ma zajęcia. Będzie szkolił kolejną generację nurków. Sam nurkuje od 2005 r. – przez 14 lat udało mu się zdobyć kolejne uprawnienia i jest już instruktorem. Niestety obowiązki zawodowe i rodzinne sprawiają, że nie nurkuje już tyle, ile by chciał.
Kontakt z Tomkiem złapałam przez grupę na Facebooku Nurkowanie rekreacyjne i techniczne. Kiedy do niego napisałam, był na nurkowaniu w Hańczy. Wysłał mi zdjęcie skutego lodem jeziora, na którym stoi żółta butla do nurkowania. I chociaż przeraziła mnie temperatura, jaką musiała mieć woda o tej porze roku, na Tomku nie wywierało to wrażenia. Wbrew pozorom to nie są niskie temperatury. Na Hańczy latem, w trzydziestostopniowym upale, temperatura wody to około 14 stopni, ale tylko na granicy, 7−8 metrów. Potem znacząco spada, aż poniżej pewnej głębokości ustala się na poziomie czterech stopni. Temperatura pod lodem w tej chwili wynosiła trzy stopnie – to tylko jeden stopień różnicy w stosunku do tego, co i tak doświadczysz latem. Kłopot jest dopiero po wyjściu z wody – musisz szybko zrzucić z siebie skafander, żeby na tobie nie zamarzł. Ot, relaksujący weekend przed kolejnym tygodniem pracy. Na Hańczy był razem z innymi osobami, współtworzącymi Nurkowe Błonie. Jest to grupa zapaleńców nurkowych, którzy organizują szkolenia i wyjazdy, nie tylko krajowe. Zwiedzają po kolei wszystkie ciekawe zakątki świata.
Alicję znam od dawna, mieszkamy w tym samym bloku. Wiem, że o nurkowaniu może mówić długo i bez końca. Opowiada wtedy z zapałem, jaki spotyka się niemal wyłącznie u dzieci mówiących o swoich ulubionych zabawkach. Wakacje prawie zawsze planuje pod kątem schodzenia pod wodę i na każdy taki wyjazd czeka z podobną niecierpliwością, z jaką maluchy czekają na Boże Narodzenie.

Jeśli A, to i B

Staram się aktywnie spędzać życie i niewiele było rzeczy, jakich do tej pory nie próbowałem – opowiada Tomek. Do tej grupy należało też kiedyś nurkowanie. Dlatego pewnego pięknego dnia, po powrocie z Chorwacji, gdzie miałem okazję obserwować nurków, postanowiłem zrobić kurs. Instruktora polecił mi kolega. Zadzwoniłem, umówiłem się na pierwsze nurkowanie i w ten sposób to się zaczęło. Potem były kolejne kursy, wyjazdy, szkolenia, aż w końcu nurkowanie stało się stałym punktem w jego kalendarzu, chociaż początek jego przygody z nurkowaniem nie wyróżniał się spośród początków większości osób.
Podobnie zaczynał Irek, ale w jego przypadku los podjął decyzję za niego. Miałem kolegę, który był trochę boidupą i stwierdził, że sam nie pójdzie na kurs. Znalazł szkołę nurkową, zapisał nas i powiedział mi o tym, dokładnie w tej kolejności. Poszliśmy więc razem na szkolenie. On po roku zrezygnował, stwierdził, że nurkowanie jest nudne, a ja zostałem. Teraz jego przygoda zatoczyła koło – znowu jest na szkoleniach, wśród nowych kursantów, ale tym razem w roli instruktora.
Zarówno Irek, jak i Tomek swoje pierwsze zejścia pod wodę zaliczyli w Polsce, z czego są bardzo zadowoleni. Polskie wody są ciemne i zimne, nie to co w Egipcie czy Australii. Jeśli się do nich przyzwyczaimy, jeśli nauczymy się nurkować tutaj, żadne inne wody na świecie nie będą nam straszne – wyjaśnia Tomek.
Przekonała się o tym Alicja, która pierwszy raz nurkowała w Australii. Moi znajomi dostali w prezencie ślubnym kurs nurkowania od swojego przyjaciela – instruktora. Dwa miesiące po kursie wypadł nam wspólny wyjazd do Australii. Oni mieli już uprawnienia i mogli nurkować, a my z mężem nie. Postanowiliśmy, że nie będziemy siedzieć i patrzeć, więc na miejscu zrobiliśmy kurs. Kiedy wróciłam do Polski, wiedziałam, że chcę dalej nurkować, ale nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, czym to nurkowanie tak naprawdę jest. Pojechaliśmy do sklepu i kupiliśmy tzw. ABC, czyli piankę, maskę i płetwy. To są rzeczy, które ze względów higienicznych powinno się mieć własne, resztę można wypożyczyć. Na pierwsze nurkowanie w Polsce pojechaliśmy w kwietniu. Woda była zimna i kwitła. Kiedy wyszłam na ląd, powiedziałam: „dziękuję za uwagę, więcej nie będę nurkować”. Na szczęście tydzień później zmieniłam zdanie. Miałam przecież wszystko kupione – powiedziałam już „A”, więc musiałam powiedzieć też „B”. Nurkuje do dziś. Chociaż w pierwszym odruchu sama chciała zrezygnować z dalszego schodzenia pod wodę, podkreśla, że nie warto się do niczego zmuszać: Musisz po prostu czuć, czy chcesz w to iść, czy nie.
Alicja kurs robiła w ciepłych, morskich wodach, ale nie poleca takiego rozwiązania. Prawda jest taka, że wracasz potem do kraju i nie umiesz nic. Nurkowanie w Polsce ma tę zaletę, że jeżeli nauczysz się nurkować w polskim jeziorze, poradzisz sobie wszędzie.

Cudze chwalicie

Bardzo dużo ludzi myśli, że w Polsce nurkowanie jest trudne i nieciekawe: jest ciemno i nie ma co oglądać. Ale kiedy potem pokazuję im zdjęcia z nurkowania z Biebrzy, Hańczy lub nurkowania podlodowego, szczęki im opadają. Nie wierzą, że takie rzeczy można zobaczyć w Polsce – opowiada Irek. Nurkowanie zazwyczaj kojarzy się przecież z Egiptem lub Australią. Rafy koralowe, kolorowe rybki, wspaniała widoczność – każdy, kto pływał w Morzu Czerwonym, Śródziemnym czy Adriatyku, nie mówiąc już o nurkowaniu, wie, jak kolosalna różnica jest pomiędzy nimi a polskimi realiami.
Mimo to Polska ma nurkom wiele do zaoferowania. W zalanych kamieniołomach widoczność, szczególnie późną jesienią i zimą, jest bardzo dobra – sięga nawet powyżej 15 m. Ponadto, dno pełne jest mniejszych lub większych atrakcji: od stalowych rur i płyt, poprzez samochody i koparki, aż po jachty i bunkry. Część z nich to autentyczne pozostałości po eksploatacji górniczej, inne zostały tam ustawione przez właścicieli terenu.
Nie wszyscy jednak szukają w podwodnym świecie tylko wraków i innych śladów obecności człowieka. Irek należy do zwolenników obcowania z naturą. Niejednokrotnie był na spływie tratwą po Biebrzy wraz ze szkołą nurkowania Best Divers, w której jest instruktorem. Niewiele osób miało okazję to zrobić, ponieważ spływ odbywa się na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego, którego władze ograniczają liczbę takich spływów do kilkunastu rocznie. Miejscami głębokość wynosi tam pół metra i szorujesz brzuchem po piasku. Ale jakie można wtedy zobaczyć latorośle, piękne raki albo polujące lub przyczajone szczupaki – tego się nie da opisać. Opisać nie można, ale można obejrzeć, ponieważ nurkowie zamieścili na kanale szkoły w serwisie YouTube filmiki z pobytu w Biebrzy. Widać tam nie tylko ryby (w tym ogromnego suma), które napotkali, lecz także roślinność, przez którą musieli się przedzierać, przypominającą nieco tropikalny busz.
Z kolei ci, których fauna i flora nie zachwyca, a fiaty 125p na dnie kamieniołomu już nudzą, jeżdżą nad Bałtyk, który pełen jest zatopionych statków. Jednym z nich jest wrak Jana Heweliusza – promu, który zatonął 14 stycznia 1993 r. W czasie rejsu ze Świnoujścia do Ystad statek natknął się na sztorm o sile 12 stopni w skali Beauforta i poszedł na dno. Dziś jest jednym z celów wypraw polskich nurków. W lipcu zwiedziła go również Alicja. Miała to szczęście, że jej buddym był Paweł – jej przyjaciel, który posiada uprawnienia instruktorskie. Dzięki temu udało jej się zwiedzić pokłady, na których reszta jej grupy nie była. Opłynęliśmy statek tak naprawdę z każdej strony. To było niesamowite. Bycie w parze z instruktorem na takim nurkowaniu to najlepsze, co może się przytrafić! – wspomina z entuzjazmem.

Motocykle na dnie oceanu

Podobnie było w Egipcie, gdy nurkowała na wraku SS Thistlegorm. Ponownie, wraz z Pawłem, udało jej się wpłynąć tam, dokąd reszta grupy prowadzona przez lokalnych przewodników się nie zapuściła.
Statek, który oglądali pod wodą, w chwili zatonięcia płynął z Glasgow do Egiptu i wschodniej Libii. Chociaż początkowo był przeznaczony do handlu, w czasie II wojny światowej został wciągnięty do marynarki wojennej. Celem jego ostatniej misji było wsparcie stacjonującego w Afryce Północnej wojska VII Armii Brytyjskiej. Po opłynięciu kontynentu wpłynął do Morza Czerwonego i stanął na kotwicy przed wejściem do Kanału Sueskiego. W tym miejscu 6 października 1941 r. został zbombardowany przez dwa niemieckie samoloty wracające do bazy na Krecie i poszedł na dno, kończąc swoją wojskową karierę. Ponad pół wieku później zaczęto uprawiać na nim nurkowanie rekreacyjne i teraz jest uważany za jeden z najciekawszych wraków na świecie. Ze względu na charakter ostatniej misji jego cargo stanowiły karabiny, czołgi, motocykle, a nawet lokomotywy parowe. Właśnie te dwie ostatnie maszyny Alicja wspomina najdokładniej: Na tym wraku jest 40 motocykli z koszem BMW Sahara. Musiały być w jakiś sposób przytwierdzone, żeby się nie przemieszczały w czasie rejsu, ponieważ kiedy statek zatonął, wszystkie zostały na swoim miejscu. Są teraz tylko lekko przechylone. Mają nawet powietrze w kołach! Jest tam też lokomotywa kolejki wąskotorowej. Leży troszeczkę obok wraku, pewnie spadła jak statek szedł na dno, ale cały czas wygląda imponująco. Jednak największe wrażenie przy zwiedzaniu wraków robi to, że można przeczytać historię statku, porównać, jak wyglądał kiedyś i zobaczyć, co zrobiły z nim lata spędzone na dnie morza.

Wrota kosmosu

Tomek: Wchodzisz pod wodę, słyszysz najpierw dźwięk wypuszczanego powietrza ze skrzydła lub jacketu, a potem tylko swój oddech: to, jak zasysasz powietrze i to, jak bąbelki wylatują z automatu ku powierzchni. Nurkując człowiek jest sam ze sobą. Nic i nikt go nie rozprasza – jest pod wodą i skupia się tylko na tym.
Alicja: Uwielbiam po prostu wsadzić głowę pod wodę. Czasem jeździmy do znajomych na agroturystykę, gdzie jest jeziorko o głębokości maksymalnie 30 m. Mogę tam siedzieć godzinę, półtorej. I po prostu tam być. To jest dla mnie najlepsze odstresowanie. Dla niej w nurkowaniu nie chodzi o zwiedzanie wraków, raf czy inną, podmorską turystykę, tylko o izolację od reszty wszechświata.
Irek: Zobaczenie „świata bez nieba”, odcięcie się od wszystkiego… Relaksuję się, luzuję i wychodzę inny. Woda uspokaja, wprowadza w stan nirwany. Brak ciężkości, możliwość fruwania, to jest coś, co jest abstrakcyjne do wytłumaczenia, jeśli się nie czuło tego samego na sobie.
Nieważkość, o której wspominają, jest kolejnym czynnikiem sprawiającym, że tych, którzy już raz zanurkowali, ciągnie pod wodę ponownie. Przestajesz ważyć, po prostu wisisz sobie. To jest cudowne uczucie, coś wspaniałego. Możesz przemieszczać się w trzech wymiarach, nie tak, jak na powierzchni ziemi. Nic nie jest w stanie zastąpić tego uczucia – mówi Tomek. To jak podróż w kosmos.
Wrażenia te wzmagają dodatkowo zjawiska, które można zaobserwować pod wodą. Byłem zaskoczony tym, jak zjawiskową lustrzaną powierzchnię robi powietrze oddzielające skalny sufit od wody. Widok był jak z bajki. Nie wiedziałem, że coś takiego może istnieć… – dodaje Tomek. Niczym Alicja po drugiej stronie lustra.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Nurkowanie to również walka z własnymi słabościami. Z wody nie można wyjść w dowolnym momencie, kiedy stwierdzi się, że już wystarczy. Każdy metr słupa wody dokłada do ciśnienia atmosferycznego 1/10 bara (na powierzchni ziemi działa na nas ciśnienie atmosferyczne wynoszące jeden bar, a 10 m pod wodą – dwa bary). Z tego powodu nurka obowiązuje przystanek bezpieczeństwa na trzech metrach, który pozwala na wysycenie się gazu zgromadzonego w organizmie. W przypadku głębszych nurkowań konieczna okazuje się dekompresja. Bez niej gaz pod dużym ciśnieniem, którym nasyca się nurek, mógłby rozerwać tkanki i zatkać naczynia krwionośne, prowadząc do śmierci. Człowiek, który chciałby wyjść przed czasem, ryzykuje życie. Do tego dochodzą ciemność i zimno – bez pewnego samozaparcia nikt nie mógłby przebywać w takich warunkach.
Irek szkolił kiedyś dziewczynę, która miała duże opory przed nurkowaniem i klaustrofobię. Obawiała się w jakikolwiek sposób zanurzyć. Była jednak uparta i udało jej się w końcu przełamać, chociaż kosztowało ją to dużo pracy. Do dziś nurkuje. Po trzech latach od ukończenia przez nią kursu dostałem od niej zaproszenie na ślub i wesele. Zdziwiłem się, w końcu nie była ani moją znajomą, ani przyjaciółką, tylko zwykłą kursantką. Tymczasem ona wzięła sobie za punkt honoru, że na jej weselu będą wszyscy ludzie, którzy w taki lub inny sposób znacząco wpłynęli na jej życie. Dzięki mnie pozbyła się klaustrofobii, więc najwyraźniej byłem jedną z tych osób.

Cena głupoty

Kiedy opowiadają o nurkowaniu, o tym, jak czują się pod wodą, na twarzach moich rozmówców pojawia się spokojna radość, jakby sama myśl o tym sporcie wprawiała ich w stan relaksacji, o jakim wspominali. Potem jednak zadaję pytanie, czy uważają swoje hobby za niebezpieczne. Nurkowanie jest w końcu uznawane za sport wysokiego ryzyka, poza tym Tomek sam stwierdza, że nurkując jesteś gościem w środowisku, które jest dla ciebie niebezpieczne, chociaż jednocześnie bardzo piękne. W jednej chwili każdy z moich rozmówców zmienia się: stają się poważni, mówią rzeczowo, z twarzy znika wyraz błogości.
Nurkowanie jest sportem bardzo bezpiecznym, pod warunkiem, że przestrzega się reguł i ma się odbyte i zaliczone szkolenia. To nie jest taki sport, że kupię sobie książkę – nauka nurkowania w weekend, przeczytam ją i już mogę nurkować – tłumaczy Irek. Nurkowanie, przede wszystkim, wymaga obsługi wielu sprzętów, od których zależeć będzie życie nurka. Ich awaria może mieć fatalne skutki, więc każdy, kto chciałby zejść pod wodę, musi najpierw nauczyć się je obsługiwać oraz przećwiczyć procedury działania w nieprzewidzianych sytuacjach. Od tego właśnie są szkolenia. Już na pierwszym z nich, OWD (Open Water Diver), duża część kursu opiera się na sposobach radzenia sobie pod wodą. Jako instruktor, Irek ćwiczy z kursantami, w jaki sposób radzić sobie z takimi sytuacjami, jak brak powietrza u partnera, nieszczelny „jacket”, zgubienie balastu czy utrata maski.
Od samego początku 1 nurkowie uczeni są, że sytuacje awaryjne mogą wystąpić i ostatnie, co należy robić w tym przypadku, to panikować. Jednak jedną rzeczą jest o tym wiedzieć, a drugą – potrafić zastosować tę wiedzę w praktyce, kiedy idzie się na dno, woda zalewa oczy lub brakuje powietrza w butli. Cały myk polega na tym, żeby trenować jak najwięcej: pływać bez maski, zalewać ją czy pływać bez płetw. Wszystko po to, żeby umieć się opanować, w razie gdyby na rekreacyjnym nurkowaniu coś się stało. Tak, tych rzeczy uczy się na kursie podstawowym, ale trzeba je cały czas ćwiczyć, jeśli chce się być dobrze przygotowanym – upomina Alicja. Treningi są bardzo ważną częścią tego sportu i nie wolno ich zaniedbywać, niezależnie od tego, jak długo się już nurkuje.
Ponieważ sam pracuje z osobami dopiero zaczynającymi przygodę z nurkowaniem, Tomek przestrzega: Zdarza się, że młody nurek, który ledwo skończył kurs na pierwszy stopień nurkowy, myśli, że jest nieśmiertelny. Zaliczył ćwiczenia na kursie, więc nie powtarza ich już, nie utrwala ich, tylko hulaj dusza. Takie zachowanie prowadzi czasem do zguby. Przyznaje, że momentami trudno jest nie spanikować, ale można to niebezpieczeństwo zminimalizować poprzez częste nurkowania i ćwiczenia: uczysz się w ten sposób, co możesz ty, co może twój sprzęt, gdzie są granice.

Nie znasz dnia ani godziny

Dzięki takim ćwiczeniom Tomkowi udało się zachować zimną krew, gdy był na trzydziestu metrach i zamarzł mu automat. Pamięta, że tego dnia czuł się dobrze (jeśli idziesz na nurkowanie, ale twoje wewnętrzne „ja” mówi ci, że nie powinieneś dziś nurkować, to należy go posłuchać – mówi), a jego sprzęt był sprawny i został dwukrotnie sprawdzony, kiedy przygotowywał go do zejścia. Poza tym, aparatura do nurkowania z zasady posiada dla bezpieczeństwa zdublowane systemy.
Niestety, do butli z powietrzem dostało się w czasie jej napełniania trochę wilgoci, która zamarzła i w postaci kryształka lodu przedostała się do automatu. Podparła tam membrankę i powietrze z butli zaczęło w sposób niekontrolowany uciekać. W ciągu minuty cała butla była już pusta, a mój partner znajdował się wtedy w znacznej odległości ode mnie. Zanim dotarłem do niego i pokazałem mu, co się stało, byłem już bez powietrza. Przysporzyło mi to sporo strachu, ale gdy dostałem już automat rezerwowy do ust, uspokoiłem się. Niezwłocznie rozpoczęliśmy procedurę awaryjnego wynurzania.
Sytuacje ekstremalne mogą się zdarzyć zawsze i wszędzie, nie ma na to reguły. Alicja doświadczyła jednej z nich w Egipcie, mimo bardzo dobrych warunków i doskonałej widoczności. Chyba na zawsze zapamiętam tamto uczucie paniki. Nie robiłam żadnych nerwowych ruchów, ale muszę przyznać, że byłam przerażona. Myślenie logiczne zaczyna schodzić na drugi plan, są tylko emocje, a pod wodą to bardzo niebezpieczne. Wszystko przez płytę, która nagle się rozkręciła, a worek wypornościowy zawinął jej się na plecy. Nie mogła w żaden sposób spuścić powietrza, straciła pływalność. Z dodatkowym balastem z ołowiu zaczęła opadać na dno. Na szczęście mój buddy i instruktor szybko to zauważyli i przypłynęli z pomocą. Wyszliśmy awaryjnie z 18 metrów. Musieli mnie przy tym trzymać tak, żebym nie opadła na dno. Oczywiście w tym momencie wszystko to było pod kontrolą, odbyliśmy przystanek na trzech metrach. Ale na ten dzień moje nurkowanie już się skończyło.
Mimo tego, że sami przeżyli nieprzyjemne sytuacje, nie uważają, żeby nurkowanie rzeczywiście było niebezpieczne – a przynajmniej nie bardziej niż cokolwiek innego. Awarie się zdarzają, tak samo jak drobne przeoczenia, ale w jakiej dziedzinie życia tak nie jest? Tak długo, jak zachowują zdrowy rozsądek pod powierzchnią wody, nic poważnego im nie grozi. Więcej ludzi zginęło przy dojeździe na nurkowanie niż pod wodą – zauważa Irek.

*
Nurkowanie ma jeszcze jedną zaskakującą cechę – może je uprawiać każdy niezależnie od predyspozycji fizycznych. Nie ma znaczenia, czy nurkuje dziewczyna, która waży 40 kg i ma 1,5 m wzrostu, czy też dwumetrowy mężczyzna ważący 120 kg – pod wodą mają te same możliwości. W nurkowaniu sprzęt po założeniu i po wytrymowaniu, czyli wybalastowaniu (dobraniu takiej ilości ołowiu, która spowoduje, że pod wodą będziesz w stanie neutralnym), pozwala na zniwelowanie tych różnic – mówi Irek. Nie znam innego sportu, który by to umożliwiał. To nie znaczy oczywiście, że sprawność fizyczna nie jest ważna – niezależnie od masy, nurek musi być w stanie nie tylko sam pływać, lecz także pomóc innym w razie wypadku. Jednak tak długo, jak ćwiczymy i szkolimy się, pod wodą wszyscy jesteśmy równi. 

No votes yet.
Please wait...