Wyścig pokoju

Towarzysze, obywatele, ludu studiujący stolicy! Nasze piękne miasto odwiedzą kolarze z zaprzyjaźnionych państw socjalistycznych. Wszyscy zbiorą się pod egidą idei wzmacniania pokoju, który jest naszą największą wartością. Doping publiczności przywita rozpędzonych kolarzy na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie rozstrzygną się losy zwycięstwa.

W okresie, kiedy kwitły kasztany, a maturzyści zdawali egzaminy, miliony Polaków zbierały się na szosach, przed odbiornikami radiowymi i telewizyjnymi, czekając na… hejnał. Charakterystyczny dźwięk oznaczał początek ­relacji bądź kolejny meldunek z trasy. Jak tam nasi? Kto w ucieczce? Czy uda się dogonić Rosjan przed stadionem? Jaka strata? I tak co roku mijały majowe dni. Niezależnie czy rządził Bierut, Gomułka czy Gierek. Kolarski Wyścig Pokoju był ogólnonarodowym fenomenem porównywalnym tylko z późniejszymi sukcesami Adama Małysza.

Mroczne czasy

Przenieśmy się do powojennej Europy ­Środkowo-Wschodniej. Sytuacja nie maluje się tam w jasnych barwach. Również ta sportowa – wszak działania wojenne nie oszczędziły też stadionów i innych obiektów, wielu zawodników straciło życie – jak chociażby Janusz Kusociński – a pozostali zdrowie bądź szansę na treningi. Polska była jedynym krajem w okupowanej przez III Rzeszę Europie, w którym uprawianie sportu było zakazane pod groźbą kary śmierci. Koniec okupacji nie oznacza jednak możliwości spokojnego rozwoju – tam, gdzie władzę obejmują ­komuniści, część przedwojennych sportowców, ­bojąc się represji, nie wraca do swoich macierzystych państw, a same organizacje i ­związki przechodzą gruntowne przemiany. Zaczynając od zmiany tradycyjnej nazwy, a kończąc na wymianie kierownictwa, co w wielu przypadkach oznacza przejęcie władzy w klubach przez osoby z nowego nadania. Zanika większość kontaktów międzynarodowych. ­Sukcesów sportowych w takiej atmosferze próżno szukać. Na pierwszych powojennych letnich igrzyskach olimpijskich w Londynie ­Polska zdobywa zaledwie jeden brązowy medal. W tym samym roku piłkarska reprezentacja naszego kraju ponosi największą porażkę w swojej historii – 0 : 8 z Danią. Całe pokolenie sportowców wydaje się stracone.
Pierwsze sportowe kontakty międzynarodowe między państwami tak zwanego bloku wschodniego rodzą się w redakcjach gazet organów partyjnych. Podobne inicjatywy nie są rzadkością. Przykładem jest Francja, gdzie z inicjatywy Gabriela Hanota, dziennikarza francuskiego dziennika „L’Équipe”, powstaje piłkarski Puchar Europy Mistrzów Krajowych (znany później jako Liga Mistrzów). W redakcjach polskiego „Głosu Ludu”, późniejszej „Trybuny Ludu”, i czeskiego „Rudégo Práva” pojawia się pomysł stworzenia wydarzenia, które odnowi kontakty sportowe między dwoma państwami. Na początku myślano o wyścigu samochodowym bądź motocyklowym, jednak ze względu na problemy z zaopatrzeniem w benzynę postanowiono zorganizować zmagania kolarskie. Tak powstaje wyścig Warszawa–Praga i Praga–Warszawa.
Tak, tak, to nie pomyłka bądź błąd w druku. W pierwszej edycji równocześnie odbywają się dwa wyścigi. 1 maja 1948 r. część kolarzy rusza ze stolicy ­Czechosłowacji, a część ze stolicy Polski. W obu wyścigach zwyciężają reprezentanci Jugosławii – August Prosenik i Aleksander Zorić. Rok później zostanie podjęta decyzja o zorganizowaniu jednego wyścigu, z Pragi do Warszawy. Na wzór przodowników pracy, lider wyścigu jest nazywany przodownikiem i nosi żółty trykot z gołąbkiem pokoju ­autorstwa Picassa. Zawody przybierają nazwę Wyścigu Pokoju, a w międzynarodowych zastosowaniach używa się francuskiej nazwy Course de la Paix. Na starcie pojawiają się również kolarze z państw zachodnich, głównie członkowie robotniczych związków sportowych.
Powoli kończy się też sportowa izolacja państw niemieckich, które zostają dopuszczone do udziału w letnich igrzyskach olimpijskich w 1952 r. w Helsinkach. W tym samym roku współorganizatorem Wyścigu Pokoju zostaje Niemiecka Republika Demokratyczna, a konkretniej – kolejny organ prasowy partii komunistycznej, dziennik „Neues Deutschland”. Odtąd Wyścig Pokoju łączy trzy stolice   – Warszawę, Berlin i Pragę. Te miasta w trzyletnim cyklu rotacyjnym zaczynają i kończą cały wyścig.

Kolorowe kapsle

Wyścig Pokoju przejeżdża przez tereny Polski, Czechosłowacji i NRD, a w przyszłości (1985 i 1986 r.) również ZSRR. W odróżnieniu od XXI-wiecznych wyścigów kolarskich dużą wagę przywiązuje się do klasyfikacji drużynowej. ­Walka o zwycięstwo toczy się zwykle między kolarzami polskimi, radzieckimi, czeskimi a zawodnikami z NRD. Kolory koszulek poszczególnych reprezentacji są tak charakterystyczne, że stają się powszechnie używane podczas gry w kapsle na licznych podwórkach. Pstrykanie nimi po asfalcie zostaje jedną z ulubionych rozrywek młodych Polaków, stąd nie może dziwić, że na wewnętrznej stronie kapsli pojawiają się kolory mające odzwierciedlać gwiazdy szos. W tym celu wycina się flagi z atlasów, a bardziej uzdolnieni plastycznie malują je na kawałkach kartek. [Do dziś starsze pokolenia z nostalgią wspominają swoje zmagania na chodnikach bądź w piaskownicach.] Media podkreślają również amatorski charakter wyścigu, który miał być wyścigiem braterstwa, w przeciwieństwie do cechujących się zawiścią rywalizacji zawodowców, lecz niewiele ma to wspólnego z prawdą.
Termin rozgrywania zawodów jest niezmienny: zawsze odbywają się w maju, co sprzyja zbieraniu się kibiców przy szosach. Niezależnie od miejsca rozgrywania etapu, można było się spodziewać trzech rzeczy: składania kwiatów przez delegacje kolarzy pod pomnikami ofiar II wojny światowej, zamieszania na mecie – wszak finisze rozgrywane są często na stadionie, a połączenie wąskich bram wjazdowych z peletonem rozpędzonym do prędkości 60 km na godzinę oznacza wiele bolesnych kraks i upadków, wpływających na losy całego wyścigu – oraz uroczystego bankietu na koniec, który dla wielu dziennikarzy i działaczy jest najważniejszą częścią zmagań.

Pompką po zwycięstwo

Polacy na pierwszego zwycięzcę wyścigu muszą czekać długie osiem lat, chociaż nic w maju 1956 r. nie wskazuje na przerwanie złej passy. Polscy kolarze nie są zaliczani do faworytów w bardzo silnej stawce. Przełamanie przychodzi w Karl-Marx-Stadt [dzisiejszym Chemnitz], gdzie Stanisław Królak przyjeżdża pierwszy na metę ósmego etapu wyścigu i zdobywa żółtą koszulkę przodownika. Nie oddaje jej aż do końca, mimo słabego wsparcia kolegów z zespołu, którzy całe siły koncentrują na wygranej w klasyfikacji drużynowej. Zwycięzca otrzymuje motocykl marki WFM, który zostaje sprzedany, a pieniądze z transakcji rozdzielone są między wszystkich kolarzy w ekipie.
Z triumfem Królaka wiąże się również jedna z najbardziej znanych legend w historii polskiego sportu – Polak, zaciekle walcząc o triumf, w tunelu prowadzącym miał uderzyć jednego z rosyjskich kolarzy… pompką od roweru. Sam dementuje wielokrotnie tę historię, ale w każdym micie tkwi ziarno prawdy. Na trasie często dochodzi do przepychania się łokciami między zawodnikami. Polski kolarz pokonujący Rosjan, szczególnie w takich okolicznościach, od razu zostaje uznany za bohatera narodowego. Niestety ze względu na podejrzenia o branie udziału w zawodowych wyścigach Królak zostaje zdyskwalifikowany na rok. [Nie wrócił już nigdy do późniejszej formy, do końca życia prowadził sklep ze sprzętem rowerowym przy alei Jana Pawła II w Warszawie. 31 maja minie dziesiąta rocznica jego śmierci.]

Prawda mikrofonu, prawda druku, prawda ekranu

Nie byłoby popularności Królaka, ba, nie byłoby samego wyścigu, gdyby nie media. „Trybuna Ludu” każdego dnia publikuje relacje z tras i klasyfikacje czasów najlepszych 20 kolarzy, a w czasie dnia przerwy w wyścigu zamieszcza całą klasyfikację zmagań. Jednak to nie prasa jest głównym źródłem czerpania wiadomości o przebiegu zawodów przez kibiców. Ci gromadzą się tłumnie przed odbiornikami radiowymi, gdzie co pół godziny i na końcu każdego etapu mogą posłuchać najświeższych wieści z trasy, zaczynających się hejnałem i słowami: Halo, halo, tu ekipa Wyścigu Pokoju, a w czasach, gdy Polskie Radio jako pierwsze z organizatorów imprezy zaczyna używać helikoptera do relacjonowania zdarzeń, słowami: Halo, halo, tu helikopter. Do środków transportu używanych przez radiowców zaliczają się też motocykle, pozwalające dziennikarzom na jak najbliższy dostęp do kolarzy. Wyścig przed mikrofonem radiowym komentują takie sławy polskiego dziennikarstwa sportowego jak Bogdan Tuszyński, który w swoich książkach opisuje historię polskiego kolarstwa i innych dyscyplin sportowych, czy Bohdan Tomaszewski, legendarny komentator Polskiego Radia, który tworzy swój styl opisywania zdarzeń na trasie, całkowicie różny od krótkich, emocjonalnych wypowiedzi.
Naturalnie z rozwojem techniki pojawiają się też transmisje telewizyjne. Realizacja każdej edycji Wyścigu Pokoju należy do największych wyzwań organizacyjnych dla Telewizji Polskiej. Zaczynając od odpowiedniego rozmieszczenia kamer na trasie, aż po problemy z łącznością oraz z prezentacją liczonych ręcznie wyników. Nawet kiedy technicznie wszystko jest dobrze, zawsze może zawieść czynnik ludzki – komentatorom niejednokrotnie zdarza się pomylić kolarzy na mecie. Każdy kraj bloku wschodniego chce się pokazać z jak najlepszej strony przed innymi, dlatego podczas wyścigu wykorzystuje się wszelkie możliwe nowinki technologiczne. Jedną z innowacji są worki na ubrania dla dziennikarzy podróżujących za peletonem w samochodach, ­które, delikatnie ­mówiąc, nie ­grzeszą rozmiarem. System polega na przewożeniu worków, które zawierają wszystkie potrzebne reporterom rzeczy. Znana jest historia pewnego francuskiego dziennikarza, który po spakowaniu wszystkich ubrań do worka został na starcie etapu w samej piżamie. Na szczęście mógł liczyć na pomoc kolegów po fachu.
Z realizacją transmisji na żywo wiąże się brak możliwości cenzurowania relacji, co  jest ryzykowne zarówno dla redaktorów, jak i ich przełożonych. Do niejednoznacznych sytuacji dochodzi kilkukrotnie. Podczas jednego z finiszów wyścigu na Stadionie Dziesięciolecia Bogdan Tuszyński przeprowadza wywiad z ówczesnym przewodniczącym Rady Państwa, Edwardem Ochabem. Tuszyński zadaje zgoła niewinne pytanie o zdanie swojego rozmówcy na temat całej imprezy. Na swoje nieszczęście zwraca się do Ochaba per pan. Przewodniczący zwrócił reporterowi uwagę, odpowiadając, że ze względu na swoje komunistyczne poglądy nie lubi być nazywany panem. Radiowiec szybko się zreflektował, następne pytanie zaczynając od towarzyszu przewodniczący, ale słowa poszły w eter. Powstały w wyniku całej sytuacji dowcip: Czy Ochab może mieć psa? Nie, bo pies potrzebuje pana, a nie towarzysza rozchodzi się po Polsce szybciej niż rozpędzony peleton.
Nie tylko wywiady z politykami są utrapieniem dla cenzorów. Na mecie jednego z etapów w Szczecinie radziecki kolarz Walerij Lichaczewdoprowadza do kraksy ze Stanisławem Szozdą. Reporter telewizyjny Andrzej Koziorowski poprosił polskiego zawodnika o komentarz bezpośrednio po zdarzeniu. Szozda powiedział do kamery następujące słowa: Ja z bandytami nie umiem walczyć. Koziorowski szybko wybrnął z niezręcznej sytuacji, przepraszając telewidzów oraz tłumacząc słowa kolarza zmęczeniem i złością. Błyskawiczna reakcja nie uchroni jednak dziennikarza przed czasowym odsunięciem od transmisji.

Pedały, szosa i pinezki

Rok 1968 jest okresem gwałtownych przemian na świecie. Również na finiszu Wyścigu Pokoju wrze. W wyniku zamieszek i starć z milicją na Stadionie Dziesięciolecia rannych zostaje ponad sto osób, a oddziały ZOMO potrzebują aż 20 godzin na uspokojenie rozjuszonego tłumu. Trzy miesiące później wojska Układu Warszawskiego dokonują zbrojnej interwencji w Czechosłowacji, brutalnie kończąc w ten sposób liberalizację tego kraju. Odbija się to na następnej edycji wyścigu, z którego wycofują się czechosłowaccy kolarze i działacze, a trasa po raz pierwszy w historii omija Pragę. Sportowcy przejeżdżają jedynie przez tereny przygraniczne, gdzie na ponad siedemdziesięciokilometrowej trasie miejscowi rozsypują pinezki oraz wykonują obsceniczne gesty w stosunku do peletonu.
Wróćmy jednak do sportowych wydarzeń. Ryszard Szurkowski podczas początkowej fazy wyścigu wydaje się jego faworytem. Jednakże Polak ostatecznie ulega Francuzowi Jean-Pierre’owi Danguillaume’owi o ponad 40 s. Szurkowski, który rozpoczął karierę kolarską pod wpływem sukcesów Stanisława Królaka, w ciągu następnych sześciu edycji wyścigu czterokrotnie przyjeżdża na metę zmagań jako zwycięzca i staje się najbardziej utytułowanym kolarzem w historii zawodów. Cudowne dziecko dwóch polskich pedałów, jak nazwał Szurkowskiego jeden z komentatorów radiowych, dorzuca też tytuł mistrza świata amatorów zdobyty w Barcelonie. Tuż po nim na mecie zjawia się inny Polak, Stanisław Szozda. Ten drugi po zwycięstwie w Wyścigu Pokoju wypowiada słowa: Kiedy wygrałem Wyścig Pokoju, nie spałem przez trzy noce. Dlaczego? Bo nigdy nie marzyłem, że kiedykolwiek zobaczę kolarza, który startował w Wyścigu Pokoju. Nie wyobrażałem sobie, że będę rozmawiał z zawodnikiem, który występował w tej imprezie. Nigdy nie sądziłem, że wystartuję w tym wyścigu, a co dopiero, że go wygram. Ciągle wydawało mi się, że to był sen.
Rywalizacją Szurkowskiego z Szozdą żyje cała Polska, pojawiają się nawet teorie o współpracy i dzieleniu się zwycięstwami kolarzy w poszczególnych zawodach. Lata 70. należą do najlepszych w historii polskiego kolarstwa, nie tylko wyżej wspomniana dwójka zdobywa morze laurów.

Radioaktywny rozpad

Po erze polskiej nadchodzi czas na sukcesy kolarzy występujących pod flagą z sierpem i młotem, wśród których największą sławą cieszy się dwukrotny triumfator zawodów i mistrz olimpijski Siergiej Suchoruczenkow. Na fali rosnącej popularności wyścigu w ZSRR zdecydowano się na rozgrywanie niektórych jego etapów również w tym państwie. W 1985 r. kolarze zaczynają rywalizację prologiem w Pradze, a następnie przenoszą się do Moskwy, gdzie na starcie w żółtej koszulce przodownika melduje się Lech Piasecki. Polak wygrywa ogólną klasyfikację na koniec wyścigu – przyjeżdża przed swoim rodakiem, Andrzejem Mierzejewskim. Piasecki, późniejszy mistrz świata, w listopadzie 1985 r. decyduje się na rozpoczęcie kariery zawodowej, podpisując kontrakt z grupą Del Tongo Colnago. Na trasy Wyścigu Pokoju już nie wraca, ale pięć razy wygrywa etap na Giro d’Italia i jako pierwszy polski kolarz zostaje liderem Tour de France.
Start następnej edycji Wyścigu Pokoju jest zaplanowany na 6 maja 1986 r. w Kijowie. Podczas przygotowań do zawodów kolarze, jako jedni z pierwszych w Polsce, dowiadują się o wybuchu reaktora w elektrowni atomowej w Czarnobylu, oddalonym o 130 km od miejsca rozpoczęcia początkowego etapu zmagań. Pierwsza reakcja drużyny prowadzonej przez trenera Ryszarda Szurkowskiego jest stanowcza. Polacy chcą zrezygnować z wyjazdu do Kijowa, jak czyni większość zachodnich ekip oraz reprezentacje Jugosławii i Rumunii. Niestety naciski polityczne okazują się zbyt silne. Chciano udowodnić, że awaria nie była poważna, a kto lepiej nadaje się do pokazania tego całemu światu niż sportowcy? Na niebezpieczeństwo naraża się również dziennikarzy, których relacje są kilkukrotnie sprawdzane. Artykuł Tomasza Jarońskiego, ówczesnego dziennikarza „Przeglądu Sportowego”, w którym padły słowa o kadłubowej obsadzie wyścigu, zostaje ocenzurowany. Nie ma się co dziwić, że w takiej atmosferze polscy kolarze zajmują miejsca w środku stawki. W takich okolicznościach najlepszy okazuje się Olaf Ludwig, Niemiec z NRD, późniejszy mistrz olimpijski, który staje się jednym z ulubieńców publiczności.
Ostatnie trzy edycje wyścigu przed upadkiem żelaznej kurtyny wygrywa rodak Ludwiga, Uwe Ampler. Odejście od zawodowstwa i upadek systemu komunistycznego równa się powolnej śmierci Wyścigu Pokoju, który w latach 90. jest rozgrywany głównie na terenach Czech i Niemiec. Jego ostatnia edycja odbywa się w 2006 r. Szanse na ewentualną reaktywację są niemal zerowe ze względu na strukturę kalendarza kolarskiego, w którym nie ma miejsca na organizację tak długich zawodów, oraz brak sponsorów chętnych do finansowania tego przedsięwzięcia. Upadek wyścigu nie oznacza na ­szczęście spadku zainteresowania kolarstwem w ­Polsce. Tour de Pologne, czyli polski narodowy ­wyścig kolarski, dzięki wspaniałej organizacji przez byłego kolarza, Czesława Langa, ­należy do grona najlepszych wyścigów kolarskich na świecie. ­
Oczywiście nie może się równać z trzema wielkimi tourami, ale to tam wielu przyszłych wielkich kolarzy zdobywa pierwsze laury. Oprócz tego możemy obserwować Polaków w ekipach zawodowych, jak choćby Rafała Majkę, medalistę olimpijskiego z Rio de Janeiro i dwukrotnego zwycięzcę klasyfikacji górskiej Tour de France czy Michała Kwiatkowskiego, mistrza świata. Przyszłość maluje się w jasnych barwach, ale warto czasami też przypomnieć sobie o tym, co było. I już nie wróci. 

TEKST: Sebastian Muraszewski

No votes yet.
Please wait...