Zwierzę w blasku jupiterów

Występujące na scenie zwierzęta mogą skutecznie sterować uczuciami publiczności. Wiąże się to jednak z pewnym ryzykiem: widzowie sympatię dla zwierzęcia mogą przedłożyć nad życzliwość dla artystów.

W 2009 r. reżyserka Natalia Korczakowska angażuje do spektaklu Pasażerka długowłosego owczarka niemieckiego, Omara. W pewnym momencie pies rzuca się na Marię Czykwin, aktorkę Teatru Współczesnego we Wrocławiu, która gra tytułową rolę. Wśród publiczności zapanowuje konsternacja i niepewność, czy sytuacja nie jest niebezpieczna. Okazuje się, że Omar rzucił się na trzymany przez aktorkę pasek od torebki, który kobieta puszcza w odpowiednim momencie. Widzowie oddychają spokojnie, wiedząc już, że pies realizuje element scenariusza. Bardzo możliwe, że do dziś lepiej pamiętają występ Omara niż tytułową rolę Marii Czykwin. Potwierdzałoby to opinię jednego z wykładowców szkoły teatralnej, którego słowa wspomina Maria Seweryn w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: W szkole teatralnej usłyszałam raz: najtrudniej występować ze zwierzęciem i z dzieckiem, aktor nigdy z nimi nie wygra, bo one są naturalne, a nie grają naturalność.

Gdy pies przejmuje pierwsze skrzypce

Widzom i artystom jeszcze mocniej zapadają w pamięć sceniczne wpadki. Pies, nawet najlepiej wyszkolony, nie jest tak świadomy scenariusza jak autor i często zachowuje się impulsywnie. W Kotlinie Agnieszki Olsten z 2013 r. jeden z aktorów silnie chwyta sceniczną towarzyszkę. W tym momencie pies Santos podbiega do niego, wyszczerza kły i chwyta mężczyznę za nogę. Jest bardzo zżyty z aktorką i włącza się w nim instynkt obrony krzywdzonej osoby. Nieprzewidziana sytuacja wywołuje lęk w innych aktorach grających w spektaklu, z których jeden występuje w samym obuwiu. Na ukąszenia psich kłów narażone jest więc – za wyjątkiem stóp – całe jego ciało.
Nie tylko grający czują się w tej sytuacji niekomfortowo. Dramaturg Kotliny cierpi na kynofobię – paniczny lęk przed psami – i podczas nadzorowania przygotowań do spektaklu musi próbować opanować strach. Zwłaszcza że oprócz Santosa w spektaklu inspirowanym Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk grają jeszcze dwa inne owczarki: Wena oraz Kolo.
Publiczność, w tym recenzenci, troje czworonogów odbiera raczej pozytywnie. Jedna z krytyczek teatralnych swój artykuł tytułuje nawet: Psy wymowniejsze od ludzi. Wena, Santos i Kolo mogą czuć się dumne. Aktorzy – niekoniecznie.

Faworyta robi niespodziankę

Zaangażowanie psów do spektaklu może się wiązać również z innymi niespodziankami, w tym – fizjologicznymi. Chihuahua Koko w Księżniczce na opak wywróconej Jana Englerta z 2010 r. załatwia się do rękawa płaszcza aktora. Ubranie zostaje wyprane, ale dopiero po zakończeniu przedstawienia. Aktor musi się więc męczyć z „prezentem” przez pozostały czas gry w kostiumie.
Czworonóg zapewnia niespodzianki także z innych powodów. Może na przykład być „nie w sosie”. W takich chwilach nie przejmuje się on konwenansami czy ewentualnymi konsekwencjami własnego zachowania, takimi jak ryzyko zwolnienia czy potrącenia gaży. Tak jest w przypadku suczki Lulu podczas prób do spektaklu Zaświaty, czyli czy pies ma duszę? (Och-Teatr, premiera: 2010 r.). Czworonożna aktorka od czasu do czasu samowolnie schodzi ze sceny i wraca do garderoby. Sytuacja powtarza się podczas realizacji spektaklu przed publicznością. Przewinienie zostaje jednak po znajomości wybaczone. Kto odważyłby gniewać się na faworytę reżyserki i nową przyjaciółkę inspicjentki?

Trafił się kurze spektakl

Humory może miewać na scenie nie tylko pies, lecz także… kura. Na Krakowiakach i góralach Opery Warszawskiej inscenizuje się wieś. Na scenę wpuszcza się zwierzęta, w tym wyjątkowo samowolną kurę. Podczas jednej z realizacji staje ona nad kanałem dla orkiestry i zaczyna pochylać się nad muzykami, jak gdyby rozważała skok. I nagle muzycy, baletmistrze oraz baletmistrzowie, cała wielka machineria przedstawienia – tracą na znaczeniu. Widzowie patrzą już tylko na kurę, która podejmuje decyzję mogącą zaważyć na dalszych losach spektaklu. Ostatecznie ptak nie skacze. Spektakl jest uratowany, chociaż w blasku jupiterów pozostaje istota upierzona.
W jakiś czas później nadzwyczaj kreatywna ptasia artystka postanawia samowolnie zaangażować się w realizację innego spektaklu. Niesforna kura z Krakowiaków i górali ucieka ze swojej klatki i wbiega na scenę podczas trwania przedstawienia nieprzewidującego ról zwierzęcych. Odważny ptak ma najwyraźniej inny pogląd na zawartość scenariusza. Gdacząc, biega po scenie i zręcznie umyka próbującym pochwycić ją rękom. Wywołuje nieopisaną wręcz radość publiki i konsternację aktorów, którzy zostali zepchnięci w cień.

Cyrk w teatrze

Zespół warszawskiej opery i Teatru Narodowego ma w zanadrzu jeszcze inną zabawną sytuację ze zwierzętami w roli głównej. Zostaje zaproszony do Luksemburga, by zagrać Nabucco (premiera inscenizacji: 1992 r.), operę w czterech aktach Giuseppe Verdiego. Trupa udaje się za granicę bez rumaków i na miejscu prosi o pożyczenie koni. Prośba zostaje spełniona.
Pięcioro dorodnych zwierząt prezentuje się na scenie naprawdę okazale. W dostojnej chwili poprzedzającej uroczysty wjazd władcy Nabuchodonozora ze świtą do Jerozolimy zostaje puszczona muzyka. Gdy tylko rozlega się dźwięk pierwszych taktów, konie zaczynają „tańczyć”. Wychodzi na jaw, że wypożyczono zwierzęta cyrkowe.
Chociaż opisana sytuacja ma komiczne zabarwienie, pytanie o etykę podobnych
precedensów może budzić kontrowersje. Wypożyczyć można przecież kostium lub rekwizyt, ale czy powinno się to także odnosić do żywych stworzeń?
Psy mogą mieć nawet swojego agenta czy tresera, który pomaga im znaleźć „oferty pracy”. Brzmi to jak nobilitacja, ale w rzeczywistości muszą one być tresowane wbrew swojemu zwierzęcemu temperamentowi i ów aktorski trening nie zawsze bywa dla nich przyjemny (tak samo zresztą jak dla aktorów, tylko czworonogi nie decydują o jego rozpoczęciu; robi to za nie człowiek).
Psy grające w teatrze nie budzą tylu wątpliwości natury etycznej, ponieważ są postrzegane jako codzienni towarzysze człowieka. Spór zaostrza się w przypadku innych, mniej udomowionych gatunków. Konie cyrkowe wypożyczane do teatru poszerzają swoją sceniczną karierę, ale prawdopodobnie wcale nie czują się szczególnie szczęśliwe, gdy na oczach tłumu krępuje się ich ruchy, pozbawia naturalnego otoczenia i hamuje instynkty.
Teatry nie utrzymują stałego zaplecza zwierzęcych aktorów i tym samym ich postępowanie różni się od funkcjonowania cyrków, które oskarżane są o przemocową tresurę podopiecznych oraz trzymanie ich przez całe życie w małych, ograniczonych kratami przestrzeniach. Jeżeli zwierzętom na scenie nie dzieje się krzywda, przeciwko ich występowaniu w przedstawieniach raczej nikt nie protestuje; może dlatego, że praktyki te nie są tak rozpowszechnione i nagłośnione. Zdarzają się jednak niechlubne wyjątki.

Chomik na ołtarzu sztuki

W 2009 r. we Wrocławiu na festiwalu towarzyszącym przyznaniu Europejskiej Nagrody Teatralnej odbywają się dwa kontrowersyjne spektakle hiszpańskiego artysty Rodriga Garcíi. Aktor-performer podczas przedstawienia Wypadki: zabić, by zjeść wyciąga z pojemnika z wodą homara i zawiesza go na lince. Polewany winem homar zaczyna powoli umierać. W końcu García za pomocą kuchennego tasaka ćwiartuje zwierzę na kawałki, smaży je i przygotowuje do spożycia. W trakcie jedzenia informuje publiczność, że spektakl dobiegł końca, ale aktor zamierza dokończyć przyrządzony przez siebie posiłek.
Widownia jest oburzona. Już podczas spektaklu pojedyncze osoby zaczynają wychodzić z teatru, a po przedstawieniu rozlegają się nieprzyjazne okrzyki. Podczas drugiej prezentacji sztuki na scenę wkracza młody mężczyzna z widowni. Zdejmuje homara z linki i wrzuca skorupiaka do wody. García wpada we wściekłość. Śmiałek zostaje wyprowadzony ze sceny przez asystenta reżysera.
Sytuacja jest jeszcze bardziej ekstremalna w przypadku drugiego spektaklu hiszpańskiego artysty: Zasypcie moimi popiołami Myszkę Miki. García rzuca wtedy do akwarium chomiki syryjskie, które rozpaczliwie walczą o utrzymanie się na powierzchni wody. Gdy zaczynają przegrywać tę walkę, aktor wyciąga je z naczynia podbierakiem. W pewnym momencie ktoś z widowni rzuca w artystę butelką. Kiedy aktor podtapia drugiego z pięciu chomików, na scenę wkracza działaczka organizacji Straż dla Zwierząt. Zabiera ze sobą chomiki i uniemożliwia kontynuację przedstawienia. Podczas gdy kobieta wnosi skargę do prokuratury, Rodrigo García zostaje wyróżniony nagrodą Nowe Rzeczywistości Teatralne.
Chociaż, stosując brutalne środki, artysta próbuje uwrażliwić publiczność na cierpienie zwierząt, jego spektakl oraz decyzja jury nie spotykają się z pozytywnym odbiorem widzów. Swój protest skierował on bowiem do niewłaściwego adresata: publiczności festiwali teatralnych zwykle nie są obce tematy ekologii i ochrony praw zwierząt. Za to, wyrażając swój sprzeciw wobec oprawców, García sam stał się jednym z nich.

Będę huśtał martwe jagnię

Innym drastycznym zabiegiem jest wykorzystywanie w teatrze martwych zwierząt i tkanki organicznej. Skórzane buty czy kurtki aktorów oraz futrzane szale nie wywołują szczególnego zainteresowania, tak samo jak jedzony na scenie (ale przyrządzony poza nią) kurczak. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy na scenie pojawia się surowe mięso oraz prawdziwa krew. Przykład szczególnie ekstremalny stanowią akcje Teatru Orgii i Misteriów nawiązujące do starożytnych kultów misteryjnych.
Zawieszę martwe jagnię na suficie i będę huśtał na wszystkie strony. […] Rozerwę jego piersi i zanurzę ręce w mokrych wnętrznościach. Wbiję gwoździe w jego mięso. Ukrzyżuję trupa – zapowiada Hermann Nitsch, założyciel i aktywny artysta Teatru Orgii i Misteriów. Do jednej ze swoich akcji używa 50 tys. litrów byczej krwi, w innej rozdziera truchło byka nad ciałem ukrzyżowanego aktora. Polewa artystów krwią, rozchlapuje ją, miażdży zwierzęce szczątki i ucieka się do innych drastycznych środków w celu… oczyszczenia współczesnego człowieka i powrotu do duchowych korzeni.
Repertuar teatru niektórych napawa wstrętem, ale kwestia tego, czy słusznie, jest sporna. Teoretycznie konsumenci skrzydełek z KFC nie powinni mieć nic przeciw temu, by główny składnik lubianego przez nich dania zagościł także na scenie. Pytanie o etykę wykorzystywania mięsa często sprowadza się do kwestii estetyki. Big Mac jest stosunkowo ładny (przynajmniej na reklamowych zdjęciach, na których ziarenka pseudosezamu układane są pęsetą przez stylistów i lakierowane nabłyszczaczem), a martwe jagnięcia reprezentują widok fascynujący głównie turpistów.
Sztuka jest czymś bardziej wzniosłym niż prozaiczne jedzenie, więc dlaczego wykorzystanie martwego zwierzęcia w celu osiągnięcia katharsis szokuje, a położenie takiego samego kawałka mięsa na rozgrzanej od tłuszczu patelni, opanierowanie i przyprawienie go w celu zespolenia z konsumenckim układem pokarmowym uważa się za normę? Co więcej: dlaczego na pomysł teatralnego artysty patrzy się bardziej krytycznie niż na projekt gwiazdorskiego stroju Lady Gagi na pierwszych stronach gazet?

Poproszę o miejsce w boksie

Użycie zwierząt, martwych czy żywych, na pewno przyczynia się do względnie większego rozgłosu przedstawień. Niektórzy artyści i badacze mówią o konieczności partnerstwa zwierząt (żywych) i ludzi na scenie. Taką koncepcję opracował między innymi Jurij Kukłaczow, który prowadzi w Moskwie Teatr Kotów ze 150 kocimi aktorami. Jeśliby jednak pełne partnerstwo rzeczywiście istniało, to czy zwierzęta nie miałyby wtedy prawa zaproszenia na widownię swoich krewnych? Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której sąsiadkami elegancko ubranych widzów Krakowiaków i Górali są kury. Podczas Nabucca z końmi wśród publiczności trzeba by było zadbać o specjalne miejscówki z boksami. Z kolei cierpiący na kynofobię scenograf prawdopodobnie nie obejrzałby żadnego wystawienia Kotliny w obawie, że kilka centymetrów od niego będzie siedział emocjonujący się owczarek.
Idee partnerstwa ludzi i zwierząt na scenie obecnie wydają się więc utopią. Każda współpraca podkreśla zależność tych drugich i niepełność ich praw, które prawdopodobnie wobec rozwoju animal studies będą cały czas poszerzane. Możliwe, że w przyszłości sprawdzi się jedna z dwóch prognoz: albo zostaną wypracowane nowe metody rzeczywistego partnerstwa międzygatunkowego, albo zwierzęta znikną ze sceny. Być może zastąpią je zwierzoroboty (co po zobaczeniu posthumanistycznej interpretacji Chłopów Garbaczewskiego nie wydaje się już zupełnie abstrakcyjne).

No votes yet.
Please wait...