Nie taka znowu piękna ta wojna

Groteska zamiast moralitetu i ironia zamiast patosu w antywojennej powieści Kurta Vonneguta. Obowiązkowa rzeźnia pamięci? No cóż, zdarza się.

O wojnie się pisze, o wojnie się czyta. Księgarnie pękają w szwach od nadmiaru książek o tej tematyce – są pełne reportaży, pamiętników, wspomnień i czystej fikcji literackiej. To przecież temat nadzwyczajny – niby odległy, a paradoksalnie taki bliski. Kto nie lubi wzruszających historii o młodzieńcach ginących od kul wroga z okrzykiem na ustach? Oczywiście, o wyprutych flakach, ugotowanych dzieciach, powieszonych ojcach i zgwałconych matkach też można czytać do woli. A co, jeśli po masakrze powinna zapanować wielka cisza i rzeczywiście jest cisza, którą naruszają tylko ptaki. A co mówią ptaki? To, co można powiedzieć na temat masakry: „it-it?”.

Schlachthof-fünf

Kurt Vonnegut, Amerykanin niemieckiego pochodzenia, podczas II wojny światowej został wysłany na front do Europy. W lutym 1945 r. przebywał w Dreźnie jako jeniec wojenny i przeżył tam nalot dywanowy. Jak sam mówił, zdarzenia tych dni chciał opisać już w swojej pierwszej książce, do opublikowania Rzeźni numer pięć potrzebował jednak doświadczenia i dystansu czasowego. Ukazanie się powieści w latach 60. wywołało społeczną dyskusję dotyczącą słuszności alianckich nalotów na Drezno. Podczas nich zginęło mniej więcej tyle samo ludzi, ile po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę. Dlatego też Vonnegut, jako ocalały z bombardowania, nie bez powodu nadał powieści tytuł Rzeźnia numer pięć. Adres ten brzmiał: Schlachthof-fünf. Schlachthof znaczy rzeźnia. Fünf to po prostu pięć.

(Poza)ziemskie alter ego

Vonnegut już od pierwszych stron powieści kreuje świat groteskowy, przepełniony czarnym humorem, goryczą i surrealizmem. I nie odpuszcza do samego końca, zacierając granicę absurdu i brutalnej rzeczywistości, faszerując tematykę science fiction subtelnymi metaforami, zestawiając banał ze śmiertelną powagą. Vonnegut trzyma przy głowie czytelnika odbezpieczony pistolet, który okazuje się zabawkowy. Jednak, paradoksalnie, Rzeźnia numer pięć to wyzwanie rzucone nie tylko czytelnikowi, lecz także autorowi. Kurt Vonnegut staje twarzą w twarz z własną przeszłością. I dostaje literackiego rozdwojenia jaźni. Stwarza Billy’ego Pilgrima. Pretekst, alegorię człowieka. Bo na wojnie nie walczą tytani, tylko ludzie.
Dlatego Billy Pilgrim, zupełnie jak Kurt Vonnegut, służy w amerykańskiej armii, po czym trafia do niemieckiej niewoli i pod koniec wojny zostaje przewieziony do pracy w Dreźnie. Pilgrim jest wychudzonym nieudacznikiem, który nieraz wzbudza w czytelniku sympatię z domieszką współczucia. I na sympatii by się zapewne skończyło, gdyby nie to, że Billy Pilgrim wypada z ram czasu, co umożliwia mu podróżowanie w przeszłość oraz przyszłość. Jednak nadzwyczajna umiejętność przenoszenia się w poszczególne momenty jego własnego życia nieszczególnie zachwyca Pilgrima. Najbardziej fascynujące stają się dla niego podróże na planetę Tralfamadoria. Podejście do życia jej mieszkańców tak urzeka bohatera, że próbuje szerzyć je na Ziemi, co, jak można się spodziewać, okazuje się syzyfową pracą. Oczywiście Billy to akceptuje. Tak samo, jak akceptuje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Po prostu.

Szukajcie, a znajdziecie

Vonnegut nie szafuje szczegółowymi opisami zdarzeń i suchymi faktami. Podczas lektury ma się wrażenie, że bombardowanie Drezna wcale nie jest centralnym punktem całej opowieści, jak można się tego spodziewać. Na pierwszy plan ciągle wysuwa się ten żałosny Billy Pilgrim. Dodatkowo następujące po sobie wydarzenia w większości nie mają ze sobą żadnego związku. Nieustannie skaczemy między wojennymi przeżyciami bohatera a jego późniejszymi losami, podróżujemy w czasie i co chwila przenosimy się na Tralfamadorię. A czy dzieje się to naprawdę, czy tylko w umyśle bohatera? Czy Billy Pilgrim przenosi się w czasie, czy wędruje po najczarniejszych zakamarkach swojego umysłu? To wszystko Vonnegut pozostawia własnej interpretacji odbiorcy. A czym jest Tralfamadoria? Nieuzasadnionym elementem science fiction? Poszarpaną wojennymi doświadczeniami psychiką autora? A może usprawiedliwieniem, alternatywną rzeczywistością, metaforą poszukiwania sensu? Bo to przecież takie ludzkie – szukanie wytłumaczenia. Więc może, idąc tym tropem, chodzi o próbę pogodzenia się z tym, że poszukiwania są bezcelowe? Zwłaszcza że główne motto tralfamadorczyków, które tak zainspirowało Billy’ego, głosi – jesteśmy wszyscy razem uwięzieni w bursztynie danej chwili. Taka rzecz, jak „dlaczego” nie istnieje.

Ku przestrodze potomnych

W Rzeźni numer pięć Vonnegut naprawdę nie daje ani chwili wytchnienia. Czasami zdaje się zarzucać całej idei wojny niepoprawną ignorancję. I to kolejna pułapka autora, maska, pod którą kryje się dramatyczny antywojenny apel. Przecież jednym z najważniejszych efektów wojny jest właśnie to, że pozbawia ludzi osobowości. Vonnegut nie namawia czytelnika, aby ten wyszedł na ulicę z transparentem ani nie proponuje rewolucji. A Billy Pillgrim wcale nie przypadkiem akceptuje wszystko, co się dzieje wokół niego. Przecież społeczeństwo też z reguły bez sprzeciwu przyjmuje otaczającą je rzeczywistość bez względu na okoliczności. Pełny tytuł książki brzmi: Rzeźnia numer pięć, czyli Krucjata Dziecięca, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią. Krucjaty dziecięce miały miejsce w 1212 r. Bombardowanie Drezna w 1945 r. I wojna będzie wyglądać tak cudownie, że zapragniemy nowych wojen. A walczyć będą dzieci…

Spokojnie, jak na wojnie

,,The New York Times” określiła powieść Vonneguta słowami: Bardzo smutna i bardzo śmieszna… smutna i urocza… Bardzo w stylu Vonneguta. Ale to nie jest śmieszna książka. A już tym bardziej nie urocza. To opowieść o ludzkiej psychice.
Rzeźnia numer pięć może wydawać się niepoważna i przesadzona. Ale to historia do cna pouczająca, do cna uderzająca i do cna tragiczna. Bo kto może opisać wojnę, jak nie sam jej uczestnik? I tym razem nie będą to pełne adrenaliny strzelaniny ze szczęśliwym zakończeniem. Nie będą to płomienne romanse w okopach czy wysocy bruneci w dopasowanych mundurach. Bo wojna to abstrakcja, siła niszcząca ludzkie ciała i umysły. Właśnie taka jest ta książka. Przerażająco niszcząca, przerażająco prawdziwa, przerażająco tragiczna. A jakie jest jej przesłanie? It-it? 

TEKST: KLAUDIA JANUSZEWSKA

No votes yet.
Please wait...