Plan ucieczki do…

Policja nieraz już ich przesłuchiwała. Pytała, czy są terrorystami, sprawdzała, czy mają karabiny, czy nie uciekli z domu… Tymczasem niektórzy z nich mogą się pochwalić co najwyżej ucieczką z więzienia.

Mury śląskiego więzienia miały około 20 m. wysokości. Kuba i jego współtowarzysze dysponowali zaledwie kilkumetrową liną. Najniższa dostępna droga wiodła przez garaż. Niestety obecność rynny utrudniała wspinaczkę, którą trzeba by było odbyć pod znacznym kątem. Kuba podsadził swojego kolegę, któremu z wysiłkiem udało się w końcu podciągnąć do góry. Następnie resztkami sił wciągnął pozostałego na dole towarzysza na dach. Akcja, po wielu wysiłkach, zakończyła się sukcesem.
Z reguły jednak nie jest tak trudno wydostać się z wybranych punktów. Na miejscu zazwyczaj wiemy, którędy można wyjść. To kwestia researchu i dobrego przygotowania – tłumaczy Konrad, który czekał na Kubę pod murami opuszczonego więzienia. Wbrew pozorom najczęściej wychodzimy drzwiami, bo są otwarte albo nie ma ich wcale. Ewentualnie okna traktujemy jak drzwi – dodaje Kuba.
Komplikacje pojawiły się także w fabryce amunicji nad morzem. Wejście nie było trudne. Konrad i jego kolega zeszli do obiektu po drzewie. Niestety podczas powrotu dała się im we znaki grawitacja. Utknęli na dole. Nie mieli ze sobą nawet lin. Na szczęście u góry czekał na nich Kuba. Wciągnął kolegów na drzewo na… pasku od spodni.

Brudne hobby

Urban exploration – w skrócie ue – znana jest także jako urbex lub w polskiej wersji: eksploracja miejska. W ostatnich latach staje się coraz bardziej popularna i częściej kojarzy się z turystyką ekstremalną lub alternatywną. Eksploratorzy zwiedzają miejsca nietypowe: opuszczone, trudno dostępne, przeznaczone do rozbiórki. Takie, w które przeciętny turysta na pewno by się nie zapuścił. To brudne hobby. Często jest tak, że trzeba się ubabrać w ziemi, sadzy, kurzu i pyle – opowiada eksploratorka N, członkini grupy Postapoint. Urbex jest ekstremalny i wiąże się z nim adrenalina. To niezwykłe przeżycie i ogromna satysfakcja – nadmienia Mar, który zaczął swoją przygodę z ue dzięki N.
Zaczęli eksplorować razem, już w szkole podstawowej. Tylko wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to się nazywa „urbex”. Wracając ze szkoły, przechodziliśmy nieopodal porzuconych działek, dzikich ustępów. Robiliśmy bazy w krzakach na terenach opuszczonych, zapomnianych. Potem to jakoś ucichło, ale wkręciliśmy się w grę „Stalker”. To gra komputerowa, której akcja rozgrywa się w Prypeci [strefie wykluczenia wokół Czarnobyla – przyp. red.]. Dzięki tej fascynacji zaczęliśmy zwiedzać opuszczone obiekty w naszej okolicy – opowiada N.
Swoją pasją zarażali znajomych. Na ich drodze pojawił się między innymi Ahmed, który razem z nimi wybrał się na swoje pierwsze nocowanie na obiekcie. Odbyło się ono na terenie Puszczy Kampinoskiej nieopodal Łomianek: w atomowej kwaterze dowodzenia. Ze względu na nowych mieszkańców opuszczonego i wyczyszczonego przez wojsko obiektu miejsce żartobliwie przezwali atomową kwaterą nietoperzy. Jakiś czas później spotkali też Rafała, który poznał exploring dzięki YouTube’owi. Opuszczone budynki zaczął zwiedzać pod koniec technikum. Gdy poszedł na studia, zainteresował się dodatkowo elektroniką. Od tej pory często ożywia instalacje elektryczne budynków, oświetlając wybrane pomieszczenia; nierzadko po raz ostatni przed rozbiórką.
Wraz z biegiem czasu grono przyjaciół poszerzało się, a dwa miesiące temu postanowiło założyć własną grupę – Postapoint – mającą zrzeszać eksploratorów.

Trzecia ręka

Konrad i Kuba, dzisiaj znani jako eksploratorzy z Urbex History, zaczynali bardziej hucznie. Wszyscy chodziliśmy do tego samego technikum, a potem studiowaliśmy na tej samej uczelni – wspomina Konrad. Każdy z nas miał ciche marzenie, by pojechać do Czarnobyla. O łączącym ich pragnieniu dowiedzieli się przypadkiem, podczas rozmowy na nieszczególnie pasjonujących zajęciach. Razem znaleźli wyprawę naukową, z którą mogliby wybrać się do mekki eksploratorów. Chcieli nagrać swoją przygodę życia, ale nie mieli jeszcze doświadczenia w pracy z kamerami.
Postanowili poćwiczyć. Ich wybór padł na Prudential, niegdysiejszy Hotel Warszawa. Przed wojną był to najwyższy budynek w stolicy. Prace związane z jego odbudową nie wiedzieć czemu stanęły i postanowiliśmy skorzystać z okazji – wyjaśnia Konrad. Nagraliśmy budynek z dołu i z góry. Po nagraniu i publikacji materiału na YouTubie odezwała się do nas telewizja. To był okres koło 1 sierpnia. Do kin wchodził film „Miasto ‘44”. W tamtym czasie prace renowacyjne ruszyły z powrotem, a nagranie chłopaków dokumentowało powojenny stan budynku: zwłaszcza brak dachu.
To wypaliło. Byliśmy w telewizji, rozmawialiśmy o niszczeniu zabytków z varsavianistą i konserwatorem. Ludziom podobał się nasz film na YouTubiemieliśmy około 10 tys. wyświetleń. Stwierdziliśmy, że kontynuujemy – opowiada Konrad, a Kuba dodaje: Pojechaliśmy do mekki eksploratorów. To była przygoda życia. Prypeć ma niesamowity klimat. Miała być idealnym miastem, wizytówką ZSRR. Wybuch wodoru przemienił jednak dowód potęgi ludzkich możliwości w biały pył.
Dziś to nie tylko jedno z najważniejszych miejsc dla osób zajmujących się urbexem, lecz także królestwo zwierząt, głównie wilków, jeleni, łosi i borsuków. Ludzie myślą, że gdy pojedziesz do Czarnobyla, to będziesz świecił albo wyrośnie ci trzecia ręka. To jest zupełna nieprawda. Widzieliśmy, jak wygląda świat po katastrofie. Wcale tam nie latają mutanty – opowiada Kuba. Dla naukowców jest to wyjątkowa okazja do prowadzenia badań nad długoterminowymi skutkami promieniowania, które wciąż stanowią zagadkę. Biolodzy zauważyli zwiększoną liczbę zachorowań u niektórych zwierząt, chociaż dla osób postronnych nie różnią się one wcale od swoich nieskażonych czarnobylskim promieniowaniem krewnych. Konrad z Kubą potwierdzają tę obserwację: żadne z widzianych przez nich zwierząt nie miało piątego kopyta, a eksploratorzy pozostali dwunożni.

Dziury w stopach i nie tylko

Penetrujący trudno dostępne przestrzenie śmiałkowie liczą się z tym, że ich wyprawy są ryzykowne. Miejsca, do których udają się grupy ue, często są niezabezpieczone. Rozpadają się w nich schody, podłogi. Zewsząd wystają gwoździe i mnożą się inne ostre przedmioty. Podczas wypraw łatwo doznać obrażeń.
Koleżanka stanęła na gwóźdź i przez tydzień miała spuchniętą stopę. Kolega zamykał okno i szyba spadła mu na rękę. Ja z kolei skakałam przez 2-metrowe ogrodzenie i zahaczyłam o nie nogą. Nie dość, że ją rozcięłam, to jeszcze spadłam na beton. Nic sobie nie złamałam, ale upadek nie był przyjemny – N opowiada lekkim tonem, jakby żadne z doświadczeń nie było szczególnie bolesne, a każde z nich należało do zamierzchłej przeszłości. Ostatecznie przecież z posiadania „brudnego” hobby wynika to, że jego realizacja nie jest czystą przyjemnością. N zapewnia także: Nie zdarzyły się wypadki poważne ani śmiertelne. Przynajmniej nie w naszej grupie ani w grupach, o których wiemy.
Większym zagrożeniem niż przedmioty i rozpadające się elementy budynków (które można ominąć) okazują się często ludzie: bezdomni, narkomani, osoby niepoczytalne. Właśnie dlatego wielu eksploratorów nosi ze sobą na wyprawy gaz pieprzowy. Niejednokrotnie są zmuszeni go użyć. Pewien przypadek N wspomina szczególnie: Weszliśmy do budynku nieogrodzonego, otwartego. Nie było tam żadnych tabliczek z zakazem wstępu. Pochodziliśmy po środku i weszliśmy na dach, żeby zrobić ładne zdjęcia. Nagle z budynku naprzeciwko wyszedł mężczyzna w pomarańczowej bluzie. W ręku trzymał widły. Mężczyzna podszedł pod budynek i zaczął niecenzuralnie wyzywać członków grupy, obrażając ich głównie na tle religijnym i jednocześnie wymachując widłami. Gdy grupa chciała się ulotnić, ten zajechał jej drogę samochodem, prawie rozjeżdżając jednego z chłopaków. Kiedy wysiadł z auta i ponownie zaczął zachowywać się agresywnie wobec grupy, jedna z zaatakowanych osób użyła gazu pieprzowego. Eksploratorzy wbiegli do pobliskiego lasu i kluczyli między drzewami. Bali się, że agresywny mężczyzna, mimo oślepienia, będzie próbował ich rozjechać.

Oko czułe i czujne

Członkowie Urbex History z kolei wspominają wiele pozytywnych gestów od miejscowych osób. W pewnej wiosce na Śląsku eksplorowaliśmy opuszczony żłobek. Obok niego było gospodarstwo i wyszedł z niego mężczyzna. Podeszliśmy, porozmawialiśmy, spytaliśmy, czy możemy zostawić samochód – opowiada Konrad. Urbexowcy otrzymali pozwolenie na zaparkowanie auta koło gospodarstwa, dzięki czemu nie musieli obawiać się kradzieży. Dowiedzieli się także, że mogą spokojnie wejść do żłobka i nikt ich stamtąd nie przepędzi. Mężczyzna był jedynym mieszkańcem w okolicy i miał dużo zrozumienia dla oryginalnego hobby. Kuba mówi, że bardzo ciekawym doświadczeniem jest dla niego styczność z wiejskim życiem i poznanie niemiejskiej perspektywy.
Konrad wspomina jeszcze inną, wyjątkową historię, która miała miejsce około 600 km od Astany, w Arkałyku. To mała miejscowość, która doświadczyła dużego spadku demograficznego. Wsiedliśmy do pociągu i od razu każdy Kazach chciał się z nami zbratać: tutaj naleweczka, tutaj papierosek. Ja akurat nie palę, ale w przedziale wszyscy jarali. Na miejscu powitanie nie było jednak tak ciepłe, jakby można było się spodziewać po radosnym towarzystwie pociągowym.
Na początku myśleli, że jesteśmy terrorystami, bo normalny turysta nie jedzie do takiego miasta, żeby je zwiedzać – Konrad kontynuuje opowieść. Od razu zawinęła nas policja i stwierdziła, że planujemy zamach. Zaczęliśmy o sobie opowiadać, ale oni nam za bardzo nie wierzyli. Sprowadzono tłumacza, ponieważ tylko jedna osoba z grupy znała podstawy rosyjskiego, a żaden z policjantów nie władał językiem angielskim. W końcu zaprezentowali swój kanał i imponującą już w tamtym czasie liczbę wyświetleń. Nareszcie im uwierzono.
Policjanci zawołali >>głównego żurnalistę<<, tak nazywali jakiegoś redaktora. Sprowadzili też jakąś kobietę, która była – można by powiedzieć – gubernatorem całego miasteczka. Policja wraz z przewodnikami woziła nas po całej miejscowości oznakowanymi samochodami. Przydzieliła nam dwie osoby, które miały nam pokazać całe miasto. Mieliśmy wstęp wszędzie. Staliśmy się celebrytami. Mieszkańcy robili z nami zdjęcia i wystąpiliśmy w lokalnej telewizji.
Miejscowi ludzie byli dla grupy tak mili, że w pewnym momencie obdarowywani z każdej strony honorami goście poczuli się przytłoczeni. To była wręcz inwigilacja. Miejscowi wszędzie za nami chodzili. Gdziekolwiek się nie oddaliliśmy, ludzie na nas patrzyli i wiedzieli, co robimy. Nie mieliśmy żadnej prywatności. Konrad i Kuba wyprawę wspominają jednak bardzo dobrze. Na jednym z materiałów uwiecznili nawet moment, gdy nagrywa ich kazachska telewizja.

Nie wyważa się otwartych drzwi

Konradowi i Kubie tylko raz się zdarzyło, by ktoś z miejscowych nasłał na nich policję. Mieliśmy pecha. Gdy zwiedzaliśmy, jakieś małolaty 1 rzucały butelkami z dachu budynku. One uciekły, a my akurat wychodziliśmy z budynku. Podjechali tajniacy, dwóch wielkich gości. Jeden z nich zapukał w szybę i wyjął odznakę. Spytał, skąd jesteśmy. Gdy dowiedział się, że z Mazowsza, zrobił wielkie oczy i postukał się w czoło. „Matko, pół Polski przejechali, żeby jakiś opuszczony budynek nakręcić. Czy wy jesteście normalni?!”. Policjant pozwolił im jednak jechać dalej. Prawo nie zabrania bowiem wchodzenia na teren niezabezpieczonych budynków, nieogrodzonych, z wyrwami w płocie, które nie są oznaczone tabliczkami z zakazem wstępu. Z kolei przy zwiedzaniu chronionych obiektów Konrad i Kuba starają się uzyskać zgodę odpowiednich osób. Gdybyśmy w jednym miejscu nie podeszli do ochroniarza i nie spytali, czy możemy wejść, to zjadłyby nas psy, cała ich sfora – wyjaśnia Konrad. Wraz z kolegami często pisze do urzędów miasta z prośbą o zgodę na zwiedzenie i sfilmowanie budynku. Czasem urzędnicy przekierowują ich do właścicieli; częściej jednak do innych oddziałów. Nierzadko tworzą się w ten sposób błędne koła biurokratyczne. Konrad mówi o nich z goryczą: Odsyłają cię z urzędu do urzędu, aż w końcu dowiadujesz się, że nie ma jakiegoś dyrektora.
Nawet gdy członkowie Urbex History mają zgodę na zwiedzenie budynku, który wydaje się w dobrym stanie, starają się pomagać własnemu szczęściu. Ich żelazną zasadą, którą chcieliby wpoić także innym eksploratorom, jest to, że zawsze ktoś z grupy czeka na nich na zewnątrz obiektu. To dzięki niej udało się Urbexowcom uciec zarówno z więzienia, jak i z fortu amunicji. W razie potrzeby osoba na zewnątrz może wyciągnąć linę holowniczą z samochodu, zadzwonić po pomoc, pojechać do sklepu po drabinę czy inne potrzebne urządzenia. Mają oprócz tego jeszcze drugą, równie ważną zasadę: Jeżeli gdzieś idziemy, to zawsze kogoś informujemy, gdzie jesteśmy. Przekazujemy godzinę wejścia, wyjścia, współrzędne geograficzne, bo jeśli się nie odezwaliśmy, to prawdopodobnie nas zasypało lub stało się coś innego – mówi Kuba i wyjaśnia jednocześnie, jak ważne jest, by mierzyć siły na zamiary.
Jedną z ich mniej odpowiedzialnych decyzji było wdrapanie się bez zabezpieczeń na przerdzewiałą, ponadpięciometrową koparkę w Niemczech bez zabezpieczeń. Przetarli w ten sposób szlaki innym youtuberom, którzy coraz śmielej wchodzą na zdezelowaną maszynę. Towarzyszy im myśl, że skoro poprzednikom nic się nie stało, mogą czuć się pewniej. W internecie pojawiają się kolejne filmiki, a z każdą wspinaczką stan koparki się pogarsza.

Krótki dekalog eksploratora

Ogół eksploratorów łączy z kolei inna zasada: Zabieraj zdjęcia i wspomnienia, a zostawiaj tylko ślad buta. Wynika ona z troski o budynek oraz grupowej solidarności, by następni wizytatorzy mogli zobaczyć to samo, co ich poprzednicy. Oprócz tego każdy budynek ma jakiegoś właściciela, do którego należą znajdujące się wewnątrz przedmioty. Z tego względu kolejną niepisaną zasadą eksploratorów jest niepublikowanie lokalizacji odwiedzanych miejsc na forum publicznym, lecz ewentualne przekazywanie jej pocztą pantoflową komuś zaufanemu. Niestety takie dane i tak często docierają do niepożądanych osób, nie tylko pseudoeksplorerów, lecz także szalbierzy i złodziei, którzy mają własne kanały informacji.
Proces niszczenia budynków widzą wyraźnie Postapointowcy, którzy wracają do jednego miejsca po kilka, a nawet kilkanaście razy i przywiązują się do niego. Widzimy degradację miejsc postępującą w zaskakującym tempie. Ludzie śmiecą. Wyłamują drzwi. Usuwają windy i pozostawiają puste szyby, co jest bardzo niebezpieczne, bo można przez nie spaść – opowiada Ahmed.
Rafał opisuje konkretną sytuację: W jednym ze zwiedzanych przez nas budynków, na piętrze, stał komputer stacjonarny. Jeszcze działał. Po uruchomieniu ukazała się strona z 2009 r. z informacją o zbliżającym się koncercie Michaela Jacksona. Artysta dawno już wówczas nie żył. Dwa tygodnie później komputer był zniszczony, ktoś zabrał procesor i dysk twardy. Stała też tam maszyna do pisania, która została pozbawiona części elementów, a pozostałe ktoś porozsypywał.
Zdarza się, że stuprocentowo sprawny budynek po upływie pół roku zmienia się w ruinę. Okna zostają wyrwane z futryną, wnętrze jest zdemolowane. Żal jest takich miejsc, bo znaliśmy je, gdy były jeszcze funkcjonalne – wyznaje N. Dodaje, że jednym z takich miejsc był słynny AlmaMer, ale o nim żadna z grup nie chce za bardzo opowiadać. W internecie jednak bardzo łatwo znaleźć informacje na temat głośnej afery związanej z zamkniętą szkołą prywatną, w której bez zabezpieczenia pozostawiono wszystkie dokumenty z danymi osobowymi studentów. Na podłogach zalegały stosy prac licencjackich i magisterskich, a w pracowniach przez długi czas stały laptopy z działającymi bazami danych. Było to rażące pogwałcenie ochrony danych osobowych. W sprawie wielokrotnie interweniowali byli studenci, ale do nagłośnienia problemu przyczynili się youtuberzy, którzy wrzucali do sieci filmiki nagrane w niezabezpieczonym budynku.

Perły rzucone między gruz

W opuszczonych miejscach często można znaleźć bardzo ciekawe przedmioty o większej lub mniejszej wartości, a nierzadko – perełki historyczne. Natrafiamy na papiery, rachunki, książki. Najstarszy dokument, z jakim się w ten sposób zetknąłem, to umowa najmu lub dzierżawy pokoju na rok od stycznia 1940 r. za miesięczny koszt 300 lub 500 starych polskich złotych – opowiada Ahmed. N zaś przytacza inną sytuację: Mój kolega znalazł gazety z czasów drugiej wojny światowej. Materiały były po niemiecku i informowały, że naziści zaatakowali Polskę.
Takie świadectwa historyczne przepadają w budynkach, które stopniowo znikają: najpierw rozgrabione, potem rozebrane. Mar uważa, że niektóre rozbiórki są robione bezmyślnie. Elementy elektryczne, silniki, zamiast zostać rozmontowane sensownie, zostają rozjechane koparką. Rafał zaś dodaje: Właściciel czy firma nie patrzą, że w środku są rzeczy wartościowe. Na teren wjeżdża buldożer, który mieli, niszczy, równa z ziemią, a potem wszystko trafia na gruzowisko. A dlaczego? Bo jest szybciej niż sprzedawać czy magazynować.
Robiąc zdjęcia, Postapointowcy czują, że ocalają pamięć o niszczonych przestrzeniach. Właśnie dlatego N mówi: Wierzę, że to się kiedyś przyda, że ktoś to kiedyś wykorzysta, powoła na nie i powie: tu były kiedyś takie zakłady, to wyglądało tak i tak. Wiele zdjęć, które posiadamy, to już zdjęcia historyczne. Dokumentacja zmieniającej się Warszawy.
Ogromną wagę przywiązuje do tego także Rafał, który interesuje się rozwojem techniki. Z tego powodu bardzo ciepło wspomina eksplorację Polskich Zakładów Lotniczych. Na przykładzie budynku mógł dostrzec świadectwa technologicznych przemian i zaobserwować, jak w różnych okresach funkcjonowały poszczególne segmenty obiektu. W jednej części zakładów Rafał znalazł stare maszyny do pisania, a w kolejnej – już komputery oraz książki z instrukcją obsługi pierwszych programów do projektowania. Obserwował też deski kreślarskie i plany, które koło nich leżały: od ręcznych odrysów zębatek po całkiem współczesne wydruki.
Koledze Rafała, zachwyconemu takimi ciekawostkami, zdarzyło się pogwałcić świętą zasadę eksploratorów. Zabrał ze środka przeznaczonego na rozbiórkę (historycznego) budynku tubę z planami obiektu. Chciał je wymodelować w 3D i wrzucić do internetu w postaci gry z dopisaną fabułą. Dwa tygodnie później tuby z zabytkowymi planami zostały wypchnięte przez okno i zniszczone wraz z całym budynkiem. Zmiażdżone fragmenty kartonu wymieszały się z gruzem. Z jednym ocalonym wyjątkiem.

W dzienniku piątka z urbexu

Urbexowcy przed nagraniem i publikacją filmiku z odwiedzonego obiektu bardzo intensywnie się do tego przygotowują. Każdy z nas opracowuje historię danego miejsca i wszyscy się jej uczymy. Na miejscu dodatkowo improwizujemy. Gdy coś znajdziemy i jest to interesujące, staramy się poruszyć temat z tym związany. Jeśli nie znamy zagadnienia, to staramy się szybko przeczytać o nim w internecie, poza kamerami. Kuba podaje przykład: Konrad znalazł w jednym z opuszczonych budynków książkę „Dywizjon 303”. Zapaliła mu się lampka, bo czytał tę powieść. Postanowił o tym opowiedzieć i automatycznie nawiązał do historii batalionu oraz bitwy o Anglię.
Członkowie Urbex History wiążą swoją ścieżkę exploringu z misją przekazywania historii, ich zdaniem realizowaną skuteczniej niż w szkole. Ostatnio jakiś chłopak pochwalił się nam, że dostał 5 z historii. Nauczycielka nieobowiązkowo spytała, w którym roku upadła komuna w Polsce, a on zapamiętał datę z jednego z odcinków i dostał piątkę.
Do Urbexowców piszą nie tylko uczniowie, lecz także osoby, które chciałyby się wybrać na exploring, ale z różnych względów nie mogą. Wśród nich są także niepełnosprawni, którzy wyznają, że podczas oglądania filmików czują się, jakby zwiedzali miejsca razem z grupą. Kuba montuje filmy i zawsze stara się to zrobić w taki sposób, by jak najbardziej zaangażować odbiorcę. Jak w grze komputerowej, tylko bez sterowania – podsumowuje.

Styl… myślenia

Obie grupy nazywają urbex pasją z przesłaniem. W gnających naprzód czasach kierują się ku przeszłości i temu, co niechciane, marginalizowane, przeznaczone na zniszczenie. Rejestrując materiał, starają się pokazać piękno sypiących się obiektów, do których na powrót wkracza natura i stopniowo obejmuje tam władzę. Wraz z nią rządy przejmuje historia, która – faworyzując zwycięzców – tych pozostałych skazuje na zapomnienie.
Eksploratorzy Postapoint i Urbex History chcą zapisać historię, zarówno dla siebie, jak i dla innych. Dla pasjonatów jest to nie tyle ucieczka od mainstreamu oraz kontestacja współczesnych trendów życiowych, ile wprowadzanie realnej zmiany, przynajmniej we własnym życiu. Kiedy przejeżdżają koło opuszczonego budynku, od razu włącza im się wewnętrzny radar. Zastanawiają się, co było w środku, kto tam żył. To „skrzywienie zawodowe”, ale także dowód wrażliwości na otoczenie. Eksploratorzy nie przechodzą koło niego obojętnie. Uważniej niż zwykli przechodnie rejestrują zmiany zachodzące w obecnych przestrzeniach. Jest w tym jakaś – pewnie w znacznej mierze nieświadoma – filozofia życiowa, by wciąż badać, dociekać i nie tylko patrzeć, lecz także widzieć.
Moja znajoma zastanawiała się ostatnio, gdzie się podziali hipsterzy (Prawdziwych hipsterów już nie ma, str. 59). Może są nimi właśnie miłośnicy urbexu, tylko zmienili nazwę oraz sposób spędzania wolnego czasu. I, jak prawdziwi hipsterzy, nie zdają sobie sprawy z tego, że reprezentują tę grupę. 

No votes yet.
Please wait...