Marta jest tylko jedna

Chociaż termin groupie na trwałe zakorzenił się w popkulturze, nikt ze współczesnych nie dorównał sławą Nancy Spungen, Devon Wilson albo Bebe Buell. Przynajmniej do niedawna. Ostatnio bowiem Warszawę rozświetla gwiazda, która systematycznie wulgaryzuje sławę groupie.

Marta Linkiewicz to prawdziwy ewenement wśród groupies, czyli dziewczyn, które utrzymują intymną relację z członkami zespołów muzycznych ze względu na ich popularność. Na swoim profilu instagramowym, którego odbiorcami jest głównie młodzież, prezentuje swój imprezowy styl życia. Składają się na niego m.in. nadmierne spożywanie alkoholu, palenie marihuany, utrzymywanie stosunków seksualnych z muzykami. Z zachowania powszechnie ocenianego jako naganne stworzyła styl, który podbił serca tak wielu młodych ludzi, że gdyby patronów liceów wyznaczano w uczniowskim głosowaniu, twarz Marty ozdobiłaby przynajmniej kilka herbów. Niekoniecznie dlatego, że każdy nastolatek chciałby swoje życie wzorować na idolce. Zdecydowana część jej obserwatorów na Instagramie nie jest naśladowcami, ale widzami, którzy (tak jak każdy widz) pragną chleba i igrzysk, ale niekoniecznie zobaczenia siebie samego na arenie. Powodów można doszukiwać się w idealnym wkomponowaniu się Marty Linkiewicz w treść i sens dzisiejszej muzyki popularnej, w hałas, wyuzdanie, zemstę. Z drobną pomocą followersów gwiazda Instagrama stała się boginią brutalnego seksu i chamstwa.
Zaczęło się niepozornie. Po koncercie grupy muzycznej Rae Sremmurd Marta wraz z koleżanką uczyniły dokładnie to samo, co ich poprzedniczki z członkami The Experience kilkadziesiąt lat temu. Ponieważ jednak tamte dziewczyny nie posiadały telefonów komórkowych, a dostęp do internetu nie istniał, nie mogły w żaden sposób rozpowszechnić relacji. Marta mogła. Nagranie, w którym chwali się swoimi erotycznymi przeżyciami, obiegło sieć, ale… nie zrobiło zawrotnej kariery. Ot, treściwy viral o tym, jak bawi się warszawska młodzież. Nic specjalnego, zważywszy że śmiało można było przypuszczać istnienie niejednej historii w tym stylu.

Sex, drugs and…Warsaw

W imiennej ankiecie właścicieli polskich klubów nocnych, przeprowadzonej przez serwis Hyperreal. Info, ponad połowa z tych, których lokal znajduje się w Warszawie, przyznała się, że była świadkami seksu na ich terenie. To dwa razy większy odsetek niż w innych rejonach Polski. Właściciele tłumaczyli zachowania swoich klientów łatwo dostępnymi narkotykami i brakiem obyczajowej pruderii. Część z nich stwierdziła także, że obecność takich zachowań okresowo zwiększa zyski. To ostatnie wydaje się prawdziwe również w odniesieniu do wokalistów. Łatwy seks i możliwość wyboru dziewczyn przyciąga ich oczywiście w mniejszym stopniu niż zarobki, ale relacji dodatniej proporcjonalności zanegować nie można.
W taki oto – mniej więcej – klimat wkracza Marta Linkiewicz. Bezceremonialnie odkurza ostatecznie nie tak stary zawód i od razu nadaje mu nowy blask, nie naruszając definicyjnych ram. Groupie dotyczyło bowiem przede wszystkim fanek uganiających się za grupami muzycznymi (a nie samotnymi wokalistami, którzy nie byli wtedy tak popularni). Rae Sremmurd spełnia to kryterium. Viral z dwiema polskimi groupies poruszył kilka strun, parę znanych osobistości wypowiedziało się w telewizji na temat ryzykownych kontaktów seksualnych. Niestety albo stety, cała sytuacja nie narobiła zbytniego szumu. Przysporzyła Marcie zaledwie paru followersów, którzy początkowo wyśmiewali jej zachowanie, jednak gdy dołączyły do nich kolejne osoby, a instagramowy i snapchatowy profil internetowej celebrytki zaczął przyciągać pierwszych reklamodawców, stało się jasne, że istnieje pewna nisza. Nisza, która mogłaby dostarczać usługi i produkty przede wszystkim lokalne, dostępne na miejscu i od zaraz.

Sushi i do Luzzter

Początkowo biznesową karierę patoinfluencerki – jak samą siebie nazywa Marta Linkiewicz – można by całkiem serio streścić w kilku zdaniach. Tanie koszulki z Chin, wyzywający manicure, jeszcze tańsze i obskurne studia tatuażu – to tylko kilka pozycji z równie bogatej, co nieszczęśliwie sztampowej kolekcji występującej pod wspólnym mianownikiem „przyjmę każdy kontrakt”. Była to typowo ilościowa strategia, ale pozwoliła wirusowi rozprzestrzenić się po Warszawie i przygotować miejsce dla lepszych umów. Te dotyczyły już współpracy z klubami, markami alkoholi, fryzjerami oraz sushi barami. Wszystko dzięki dostępnym na bieżąco relacjom w mediach społecznościowych.
Marta dokumentowała każdy swój dzień; od wizyty w restauracji, przez odwiedziny salonu manicure, na imprezie w jednym z klubów kończąc. Niektóre miejsca reklamowała, inne nie. Z biegiem czasu proporcja przesunęła się na korzyść tych pierwszych, a wraz z przesunięciem rosła liczba fanów. Nie jest rzecz jasna tak, że z powodu owych reklam w społeczności wielbicieli panuje jakakolwiek dyskryminacja: jeżeli nie chodzisz do Luzzter, to jesteś gorszy. Jeśli nawet, to ma ona charakter humorystyczny lub quasi-humorystyczny, odpowiadający okrutnej manierze żartów Linkiewicz. Paradoksalnie, mimo dużych nakładów finansowych potrzebnych na skorzystanie z wszystkich usług i jednorazowych promocji oferowanych przez nową idolkę młodzieży, jej fani nie odznaczają się wyższym poziomem dochodów. W niektórych przypadkach jest to poziom nawet nieznacznie niższy od średniego. Fani bardziej aspirują, niż faktycznie podążają śladami Marty.

Influencer pełną parą

Zazwyczaj bardzo trudno jest oszacować wpływ jakiegoś zjawiska na sprzedaż danej usługi w czasie rzeczywistym. Bez dodatkowej, neutralnej próby badawczej i bez dokładnego określenia wszystkich sił nie da się stwierdzić, czy czyjaś działalność przyczyniła się do trwałej zmiany. Nie można więc postrzegać działalności Marty Linkiewicz jako źródła rosnącego spożycia narkotyków i alkoholu przez młodzież w Warszawie, ale nie można też takiego wpływu zanegować. Wskaźnik aktywności na Instagramie oraz Snapchacie przekracza bowiem poziom wyznaczony przez sławne amerykańskie modelki. Nie wolno przy tym zapomnieć, że Linkiewicz promuje się w kraju ludnościowo ponad osiem razy mniejszym niż Stany Zjednoczone, a celuje głównie w jego stolicę. To niezwykle zawęża rynek.
Inną sprawą jest oddziaływanie – przy każdej dużej postaci pojawiają się mniejsze, które ochoczo spijają krople sukcesu. Niemożliwe jest sumienne potwierdzenie, ile warszawskich dziewczyn rzeczywiście inspiruje się Linkiewicz – należy raczej zakładać, że mniej, niż spodziewają się media w clickbaitowych artykułach, wyolbrzymiających społeczną szkodliwość antyidolki. Można natomiast prześledzić, ile fanek zyskało popularność na prowadzeniu kont o podobnej treści. Tak, po ostatnich sukcesach Marty (jak chociażby przebicie bariery pół miliona followersów na Instagramie) nastąpił prawdziwy wysyp naśladowczyń. Mimo że instagramowa celebrytka przełamała tabu i pokazała życie warszawskich groupies od kuchni, relacji z pokoncertowych zabaw przybyło niewiele. Powody mogą być dwa. Po pierwsze, nisza została zagospodarowana przez monopol na tyle silny, że inne filmiki oraz profile nie zdołały się przebić, a reklamodawcy nie widzą sensu w nawiązywaniu współpracy z właścicielkami kont odtwórczych, skoro mogą zainwestować w promocję przez bardziej sławną osobę. Po drugie, statystyki mogą być nieco przeszacowane, ze względu na skłonność młodych ludzi do koloryzowania swoich życiowych historii.
Muzyka lekka, łatwa i przyjemna
Jednakże w ankiecie przeprowadzonej na anonimowej grupie kobiet (uchodzą one za bardziej wiarygodne ankietowane niż mężczyźni) z Warszawy ponad 20 proc. badanych przyznało się do uprawiania seksu w klubie bądź na festiwalu. W 80 proc. takich przypadków był to stosunek z ich stałym partnerem, a związek trwał powyżej sześciu miesięcy [1]. W podobnej ankiecie, ale kilka lat później, pierwszy odsetek wzrósł nieznacznie o dwa punkty procetowe, a drugi spadł o pięć. Do kontaktów seksualnych z muzykami przyznała się w obu ankietach jedna pięćdziesiąta respondentów, co z jednej strony można interpretować jako nieistotną frakcję, z drugiej zaś jako powtarzalne zachowanie. Należy też dodać, że ankiety zostały przeprowadzone na grupie osób aktywnie uczęszczających do klubów, a więc niereprezentatywnej w perspektywie całego społeczeństwa.
Nawet jeśli Marta Linkiewicz nie wpłynęła bezpośrednio na liczbę warszawskich groupies i nie zachęciła innych dziewczyn do podążania jej śladami, to jej zachowanie, styl i sposób bycia mogą powodować częstsze przypadki niezobowiązującego seksu. Przełamanie barier nałożonych przez społeczeństwo zasadniczo sprzyja kontrowersyjnym wyborom. W każdym środowisku łatwiej jest podjąć daną decyzję, jeżeli ktoś zrobił to już przed nami. Jeszcze łatwiej, gdy naciska samo środowisko.

Kwestia elegancji

Dzisiaj zostać groupie jest – może nie banalnie – ale łatwo. Artystów nie otacza aura kultu – a jeśli już, to chwilowa; można do nich napisać nawet w mediach społecznościowych. Nie trzeba się więc przepychać przez pijany i rozszalały tłum. W strefach VIP dziewczyny dostają darmowy alkohol, a czasem nawet narkotyki. Zatem praktycznie nie płacą za zabawę. Przynajmniej nie w tamtej chwili (z konsekwencji często zdają sobie sprawę dopiero po latach). I chociaż dawno, dawno temu – w czasach Hendrixa, Morrisona i Joplin – wślizgnięcie się do łóżka gwiazdy również nie nastręczało przeszkód nie do pokonania, to rewolucja obyczajowa zmieniła oblicze tego zawodu. Marta Linkiewicz oraz jej koleżanki sprawiają wrażenie dużo bardziej brutalnych i świadomych siebie. Polska influencerka na każdym kroku podkreśla, że utożsamia się z patologią i chamstwem. Trzeba przyznać, że takiemu podejściu daleko jest do prawdziwej fascynacji gwiazdami rocka, ich osobowością sceniczną oraz tworzoną przez nich muzyką. Jednak gdy karierę opiera się nie na – jak u „tradycyjnych” groupies – pięknym ciele i znajomościach ze sławnymi ludźmi, a na unikalnej obskurności i wyuzdaniu, skutki mogą przerosnąć twórcę. Prawie 50 lat temu groupies najlepszych i najpopularniejszych muzyków kojarzyły się z czymś nadzwyczajnym, z jakąś tajemnicą. Dzisiaj każdy czarnoskóry raper grający koncert w Warszawie może liczyć na obecność na przynajmniej kilkunastu snapach, pracowicie usuwanych przez moderację z powodu… A biznes się kręci. 0

[1] opracowanie własne na podstawie ankiety festiwalowej Hyperreal 2017

No votes yet.
Please wait...