Płyta-niespodzianka

Czy nieoczekiwane może oznaczać również innowacyjne? Albumy wychodzące bez uprzedniej zapowiedzi pojawiają się coraz częściej, od coraz większych artystów i w coraz dziwniejszy sposób.

Trudno w to uwierzyć, ale przed czasami, w których zaledwie jeden dzień mijał od obwieszczenia nowego krążka na Instagramie naszego ulubionego artysty do możliwości odsłuchu go na Spotify, cykle albumowe wyglądały zupełnie inaczej. Ogłoszenie nowego materiału na dwa, częściej trzy miesiące wstecz było nie tyle normą, od której – jak teraz – można swobodnie odbiec, co czymś, czego się ściśle trzymano. Wprawdzie płyty poprzedzone tradycyjnymi zapowiedziami wciąż stanowią zdecydowaną większość, to niemalże każdy tydzień przynosi niespodziewane wydawnictwa obok których nie można przejść obojętnie.

Radiohead czy Beyoncé?

Przed udzieleniem odpowiedzi na pytanie, kto jako pierwszy zaskoczył świat albumem-niespodzianką, warto zadać sobie kolejne. Gdzie znajduje się granica między tym, co możemy faktycznie rozumieć jako album-niespodziankę, a “normalnie” zapowiedzianą płytą? Czy istnieją widełki czasowe między zapowiedzią, a wydaniem krążka, po zmieszczeniu się w których tenże album może zostać uznany za niespodziankę? A może wcale nie ma żadnej granicy i niespodzianką jest jedynie to, co dostaniemy w danej chwili, o istnieniu czego wcześniej nikt nie wiedział?

To nie jest takie oczywiste. Gdy na początku października 2007 roku Radiohead znienacka ogłosili, że ich siódmy studyjny krążek In Rainbows ukaże się w tym samym miesiącu (ba, dziewięć dni później!), było to nie lada wydarzenie. Brytyjczycy nie mieli podpisanego kontraktu z wytwórnią, jednak znajdowali się w takim miejscu swojej kariery, gdzie mogli sobie pozwolić na to, by wziąć sprawy w swoje ręce. Równało się to jednak limitowanymi możliwościami – tęczowy album został najpierw wydany jedynie w wersji cyfrowej, a dopiero kilka miesięcy później XL Recordings zajęło się dystrybucją fizycznej wersji krążka. Wydanie obeszło się dodatkowym echem dzięki rewolucyjnemu systemowi płać-ile-chcesz, który później został przechwycony przez Bandcamp.

Mimo że In Rainbows odniosło sukces komercyjny, wytwórnie wciąż nie były przekonane, czy sposób, w jaki Radiohead wydali album sprawdzi się na dłuższą metę. Oznaczało to przede wszystkim ryzyko, że informacja o nadchodzącym albumie nie dotrze do wszystkich potencjalnie zainteresowanych, co automatycznie przełożyłoby się na mniejszą sprzedaż. Stąd też kolejne lata przyniosły niewiele wydawnictw – między innymi kolejne od Radiohead – które ukazały się w podobny sposób.

Kilka lat później Beyoncé podjęła się czegoś, co mogło zagrozić jej karierze, a okazało się czymś, co ją na nowo zdefiniowało. W grudniu 2013 roku do sklepu iTunes trafił jej piąty album, zatytułowany po prostu BEYONCÉ. Koncepcja niespodziewanego wydawnictwa od tak wielkiego nazwiska sama w sobie była wystarczająco przytłaczająca, a diva miała w zanadrzu kolejnego asa w rękawie. Płyta zawiera dwa krążki, jeden z muzyką, drugi z teledyskami. Jeżeli album-niespodzianka nie był wystarczającą sensacją, to co dopiero wizualny album-niespodzianka?

Media okrzyknęły Beyoncé piosenkarką ceniącą sobie wartość artystyczną bardziej od posiadania gwarantowanych hitów, trzy dni po wydaniu BEYONCÉ Apple ogłosiło go najszybciej sprzedającym się albumem wszech czasów w serwisie iTunes, a fani miesiącami cytowali chwytliwe jednolinijkowce (surfboard, „I woke up like this!”). By zmienić cały przemysł muzyczny wystarczyło właściwej osoby podejmującej radykalną decyzję we właściwym czasie.

W świecie streamingu

Beyoncé wykorzystała stosunkowo stabilny klimat sprzedaży albumów oraz siłę i prędkość przepływu informacji na osiągających większe niż kiedykolwiek zasięgi mediach społecznościowych. Jedynym na czym nie mogła zyskać był streaming, stąd decyzja o opóźnionym pojawieniu się krążka na innych platformach niż iTunes, co też zmusiło fanów do zakupu płyty (w kolejnych latach Adele, Björk i Frank Ocean skorzystali z podobnego zabiegu). Dopiero rok po wydaniu BEYONCÉ Billboard wprowadził nowe zasady w zestawieniu najlepiej sprzedających się albumów, uwzględniając również streamy, których odpowiednia ilość równa się jednej sprzedaży krążka. Zaktualizowanie reguł było konsekwencją ciągle spadających sprzedaży płyt, zarówno fizycznych, jak i cyfrowych, oraz wzrostem udziału serwisów streamingowych.

Sukces BEYONCÉ uświadomił innym, że czasem warto działać od razu, zwłaszcza, że można osiągnąć to samo, o ile nie więcej, w krótszym czasie. A jeżeli granie na własnych zasadach nie było wystarczającym argumentem, to znacząca rola streamingu skusiła artystów do pójścia w ślady Bey. Tak zresztą zrobili między innymi Rihanna, Drake, Prince czy Eminem. Same serwisy streamingowe również znalazły w tym swój udział, oferując niekiedy wyłączny dostęp do odsłuchu danego albumu przez wcześniej określony czas (najczęściej przez tydzień zanim trafił on na pozostałe serwisy). Niektórzy poszli jeszcze o krok dalej. W związku z premierą nowego iPhone’a we wrześniu 2014 roku płyta U2 Songs of Innocence pojawiła się na kontach ponad 500 milionów użytkowników iTunesa. Co prawda tak nachalna forma wydania okazała się PR-ową klapą, pozwoliła ona jednak wyciągnąć wnioski przemysłowi muzycznemu z tego, jaki sposób wydania albumu się sprawdza, a jaki nie. A póki co, formuła dalej się sprawdza – nie bez powodu trzy kolejne albumy Beyoncé zostały wydane w identyczny sposób, co jej tytułowy krążek.

Rating: 5.0. From 2 votes.
Please wait...