Sieć w sieci

Narkotyków boi się wielu. Nie tylko dlatego, że w parze z nimi idą głupie pomysły. Ludzie odczuwają strach również z powodu policji, naćpanego dealera, który sypie klientów, oraz kofeiny udającej amfetaminę. Co jednak, gdyby po ulubioną substancję wystarczyło przejść się do swojej skrzynki na listy?

Adam (imię zmienione – przyp. aut.) patrzy przez okno. Policyjna skoda zatrzymuje się obok akademika. Dwie postaci wynurzają się z samochodu i krótko rozmawiają. Zanim przejdą przez drzwi, Adam chwyta swój pendrive i biegnie do łazienki. Nad muszlą klozetową zamiera, przenośny dysk trzęsie się w jego pobladłych palcach. Ktoś puka. Chwila wahania – może jednak plusk nie jest najlepszą opcją? Kto tam?, woła. No jak to kto, durniu. Wydech pełen ulgi. Wiedziałeś, że Janek znowu wdrapał się nago na balkon na najwyższym piętrze? Nawet gliny przyjechały popatrzeć. Ale już go ściągają, więc chyba nie zdążysz obejrzeć naszego batmana albinosa.
Adam wytrzymywał podobne sytuacje zaledwie przez miesiąc. I wcale nie czuł się jak skrzyżowanie Jessiego Pinkmana z Elliotem Aldersonem. Nie. Czuł się jak dwuletni Rick Grimes, który musi się opędzić kawałkiem plastiku od hordy zombie i zamiast spać szesnaście godzin, śpi trzy. Oczywiście za dnia, bo w nocy nie zmruży oka. Każda syrena to w końcu kurczowe zaciśnięcie pendrive’a. A w Warszawie nie brakuje wypadków. Poza tym niewykluczone, że policja by się nie zapowiedziała. Scena jak z Kilera Machulskiego, potem komisarz Ryba w czerwonych rękawicach – niestety z Adama żaden Jurek. Drugi był trochę zbyt sprytnym taksówkarzem, pierwszy tylko okazyjnie sprzedawał narkotyki w internecie.

Zaczęło się łatwo i pięknie

W teorii plan układał się pięknie, a tożsamość Adama chroniło wiele. Na początek VPN (Virtual Private Network – przyp.red.) – dzięki niemu operator nie widział adresów, na które wchodził Adam. Później przeglądarka Tor – tak, aby właściciel odwiedzanej strony nie mógł dociec, skąd młody dealer się logował. Dodatkowo niemożliwy do złamania tanimi metodami klucz PGP – narzędzie do szyfrowania wiadomości składające się z dwóch podkluczy – publicznego i prywatnego (osoba posiadająca dostęp do klucza publicznego może jedynie zaszyfrować wiadomość, odszyfrować ją jest w stanie tylko i wyłącznie osoba mająca klucz prywatny; powszechna praktyka polega na udostępnieniu klucza publicznego – dany użytkownik ma wtedy pełną kontrolę nad wszystkimi wiadomościami zaszyfrowanymi jego kluczem). I nagle, w tym cudownym tercecie, wszystko wsiąka w internetową pustkę. Nikt nic nie widzi, a policja, jeśliby chciała czytać maile, musiałaby spędzić wieki na rozszyfrowywaniu enigmy podrzędnego dealera. Wisienką na torcie był pendrive – przenośny sejf ze wszystkimi danymi użyty po to, by w razie nalotu szybko go uwolnić. Zabrany do przebadania dysk twardy z laptopa z najciekawszych rzeczy pokazałby pewnie parę dziwnych stron porno i nagranie dwóch całujących się na integralu kolegów.

Strach brzmi sensownie, strach brzmi realnie

Kres słodkiemu zarobkowi Adama przyniósł telefon od przyjaciela. Konkretnie – z Urzędu Celnego. W lekko zawoalowany sposób powiedziano mu, że wszystko wiedzą i że ma przestać. Wystarczyła krótka informacja, że przechwycono paczkę z kilkunastoma gramami marihuany zaadresowaną na jego nazwisko i pokój w akademiku (sic!). Adam odpowiedział, że jego dane wyciekły w internecie i nic nie mógł zrobić. Ale sprzedawać przestał. Równie dobrze urząd mógł paczkę przepakować, wysłać dalej i poczekać, aż nasz przestraszony bohater uda się na pocztę, by przyłapać go na gorącym uczynku. Dlaczego zatem celnicy tego nie zrobili? Bo wymagałoby to więcej wysiłku, a młody dealer w całym tym systemie i tak niewiele znaczył.
Adam z racji tego, że nie mieszkał sam, nie posługiwał się fałszywym nazwiskiem. Koledzy wiedzieli przecież, co tak pachnie, mogliby znaleźć listek czy dwa. Dlatego powiedział im od razu. Zgodzili się, bo to przecież takie śmieszne. Niezbyt zabawne stało się dopiero wtedy, kiedy Adam zostawił ich przez nieustanną paranoję i manię prześladowczą. Istniało spore ryzyko, że skoro pochwalił się w akademiku swoją tymczasową profesją, a poza tym odstąpił paru osobom sztukę zielonego, to znajdzie się ktoś, kto nie będzie miał stalowych nerwów i go po prostu wyda.
Można było sprzedawać dalej i próbować tego uniknąć. Wystarczyło zmieniać adresy, na które przychodził towar lub też zamawiać na cudze mieszkania, potem podkradać się z nożem do nieuzbrojonych w kamery skrzynek na listy i wyciągać stamtąd swoje przesyłki. Niestety taki nakład pracy i pieniędzy (wart kilka tysięcy złotych miesięcznie w bitcoinach) to zdecydowanie za dużo jak na możliwości studiującego dealera, a zwłaszcza dla jego poczucia bezpieczeństwa. Adam wybrał zatem najbardziej rozsądną opcję. Zdecydował się zakończyć tę przygodę i oszczędzić sobie zdrowia.
W jego przypadku sprawdziło się panujące w narkotykowym środowisku przekonanie, że prędzej czy później wpadniesz – całe szczęście bez długofalowych, negatywnych konsekwencji. Za dużo rzeczy może pójść źle – czy to w internecie, czy poza nim. Trzymają się tylko grube ryby, a i te – jak pokazuje czas – żyją co najwyżej parę do kilkunastu lat. Właśnie dlatego dla karteli narkotykowych sprzedaż w internecie to najlepsza z dróg do konsumenta.

Niech (nie) żyją konsumenci

Praktyka ekonomiczna w zbycie każdego produktu pokazuje, że sprzedający i kupujący walczą o dwie strony tej samej monety. Handlarz chce pozbyć się jak najgorszego towaru po jak najdroższej cenie, klient – jak najtaniej pozyskać najlepszy z możliwych. W przypadku osób, które na co dzień mają w sobie chociaż grosik uczciwości, tak idealnie, czy raczej, fatalnie, nie będzie. Tylko kto spodziewałby się uczciwości po mafii? Najlepszym tego przykładem jest zawartość kokainy w kokainie. Szczęście, jeśli zamiast części białego proszku jest tam kofeina – po prostu słabiej zadziała, a konsument będzie miał szansę poszukać gdzie indziej. Gorzej, jeżeli do kokainy dosypuje się do złudzenia przypominający ją środek do odrobaczania bydła – lewimazol – a narkotyk już tylko w trzydziestoprocentowym stężeniu wypływa z kolumbijskiego portu. Pomimo wątpliwego składu sprzedawanego towaru Warszawa słynie ze swoich zaporowych cen tej substancji – za gram płaci się ok. 400 zł.
Tak jak w przypadku kokainy wszędzie tam, gdzie sprzedaje się w tradycyjny sposób, substancje są rozrzedzane różnymi domieszkami lub substytutami. Zamiast amfetaminy jest kofeina, zamiast MDMA – neurotoksyczne dopalacze, zamiast grama marihuany gram niewysuszonej marihuany, a w zastępstwie heroiny – pożerające śluzówkę nosa i niszczące żyły chińskie wynalazki, których tamtejszy rząd już dawno zakazał. Dzieje się tak dlatego, że w wielkich miastach nie da się w prosty sposób zebrać bazy danych sprzedawców, ocenić ich wiarygodności ani utworzyć siatki powiązań między zwykłymi, wiecznie naćpanymi szeregowymi a narkotyzującymi się okazjonalnie lub dla sportu kapralami. A w internecie? Po to właśnie został stworzony.

A dostawców to ja mam na Allegro

Liczba stron, na których można kupić narkotyki, nie jest przytłaczająca. Operujące w Polsce internetowe sklepy wymieni każdy wtajemniczony. Wszystkie posiadają reklamy, cenniki, opinie, udogodnienia, rabaty ilościowe, opisy wysyłki z kilkoma opcjami do wyboru, zasady reklamacji, wzór, w który należy wpisać swój adres itp. Dostępne jest wszystko. Opioidy wszelkiej maści (od takich w woreczkach po takie w ampułkach), psychodeliki, takie jak grzyby, nasiona, ciecze, kartoniki. Poza tym depresanty, euforyki, stymulanty, nootropiki, benzodiazepiny, barbiturany, karty kredytowe, broń, przepisy DIY na glocki oraz metaamfetaminę i tysiące innych rzeczy. Człowiek czuje się jak w supermarkecie.
W porównaniu z internetowym rogiem obfitości osiedlowy dealer, który dysponuje tylko fetą i viagrą na receptę mamy, staje się nudny, wręcz głupi i nieradzący sobie w życiu. Rząd zakazał mefedronu? I tak przyjdzie z Holandii. Kiedyś przecież był legal
ny i spożywany przez trzynastolatki, które odkryły, że lufę z przyrody można zagryźć czym innym niż Acodin. Trzeba było tylko pamiętać, że jeśli w piątek chcemy mieć źrenice jak denka od słoików, odpowiednie substancje należy zamówić z wyprzedzeniem.
Sklepy w darknecie na tym właśnie zarabiają, że hurtownia sprzedaje towar do rąk konsumenta końcowego. Nie ma więc sensu dosypywać do niego na siłę witaminy C i tłumaczyć, że kwas ma to do siebie, że jest kwaśny. Półprodukty mają porównywalnie niską cenę w stosunku do ewentualnych zamienników z apteki lub sklepu z odżywkami dla sportowców. Nikt nie wymaga pełnej czystości substancji, nie każdy jest Walterem Whitem z Breaking Bad, nie każdy też decyduje się na syntezę śmiesznie prostej i zbywalnej jedynie w USA oraz Czechach metaamfetaminy. Są reakcje dużo trudniejsze i z tego powodu przy wielu substancjach widnieją oznaczenia 80% pure A+.
Główną zaletą handlu narkotykami w darknecie jest to, że jeśli dany dostawca dobrze zabezpieczy się przed utratą danych, to staje się po prostu nie do namierzenia. Policja nie będzie przeglądała wszystkich nagrań z kilkuset placówek poczty w Amsterdamie, żeby porównać twarze kilkudziesięciu ludzi i na tej podstawie przystąpić do pierwszego kroku śledztwa – założenia sprawy. Wysłane przez nieistniejących ludzi z nieistniejących adresów paczki mogą nawet spłonąć na stosie przed komendą, a i tak producentów zaboli to tyle, ile prztyczek w nos. Tak jak supermarkety w koszty wliczone mają to, że w ciągu dnia zginie parę butelek najtańszego wina oraz denaturat, tak sklepy w darknecie liczą się z tym, że część przesyłek przepadnie i klientom trzeba będzie zwrócić pieniądze.

Złap mnie, jeśli potrafisz!

Należy odróżnić sklepy od samych dostawców. Ci drudzy są zwykłymi sprzedawcami. Za to sklepy, to tak jak w przypadku Allegro jedynie platformy przekazujące dane do właściwych sprzedawców i z tego tytułu pobierające pewną prowizję. Handel bitcoinami lub innymi walutami odbywa się za pomocą modelu escrow (najbezpieczniejszego) lub modeli mieszanych, takich jak płatność z góry lub kombinacja dwóch poprzednich. Escrow zakłada, że konsument wpłaca walutę na konto sklepu, w momencie otrzymania przesyłki sprawdza ją i decyduje, czy otrzymał to, co otrzymać powinien poprzez potwierdzenie płatności. Jeśli towar się zgadza, sklep płaci sprzedawcy. Jeżeli nie – zależnie od oferty – następuje częściowa lub pełna reklamacja.
Należy zauważyć, że przez parę dni bitcoiny leżą na kontach sklepu. Przy obrotach rzędu kilkuset tysięcy dolarów dziennie, pięć dni to trzy, cztery miliony. Za darmo. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto by się temu oparł. Zwłaszcza w przypadku, gdy po piętach właścicieli sklepu depcze policja. Tak też było z jednym z marketów. Czując niebieski oddech na szyi właściciele-informatycy ukradli kilka do kilkunastu milionów dolarów w bitcoinach i uciekli. Był to desperacki ruch, który prawdopodobnie podarował im kilka miesięcy życia w ciągłym strachu. Wpaść musieli, bo kryptowaluty jak zwykle się zemściły.
Pieniądz ma taką wartość, jak to, co można za niego kupić. Jeśli w sklepie na walentynki są wyłącznie prezerwatywy i ogórki małosolne, a wybranka ich nie cierpi, to poza ewentualną konkluzją, że na te ogórki nie potrzebujesz worka, bo nie chcesz zabijać dodatkowych delfinów, nie stać cię na nic oprócz dwóch powyższych produktów. Nawet gdybyś wyjął sztabkę srebra. Albo ofiarował pomnik ze złota. Albo miał na koncie 60 mln bitcoinów. Przy wciąż zaskakująco niskich obrotach i w większości małych depozytach wyprowadzenie dziennego zysku rzędu 30 tys. zł jest wręcz niemożliwe. Dlatego pieniądze leżą na kontach i tak naprawdę nie można ich liczyć do zysku. I właśnie przez przestoje przepływu pieniędzy na giełdach kryptowalut zaczyna się najwięcej policyjnych śledztw.
W ten sposób złapani zostali właściciele Torepublic, jednej ze stron w darknecie. Nie żeby się nie przyłożyli. Bitcoiny sprzedawali na kilku polskich giełdach i wpłacali na kilka różnych kont bankowych. Wynajętych ludzi-słupów wysłali do bankomatów, ci odciągając swoją dolę oddali resztę. Problem w tym, że ruch był tak duży, że zainteresowała się tym policja. Ponieważ Torepublic było grupą przestępczą i zajmowało się nie tylko narkotykami, ale również dziecięcą pornografią, sprzedawaniem nagrań z ukrycia ze stosunków z przypadkowymi kobietami oraz na przykład, napadami (sic!), mobilizacja okazała się duża. Właściciele strony wypłacili bitcoiny jeszcze parę razy, w końcu na kontach mieli ich o wiele więcej. Policja natomiast zaczęła śledzić podstawionych przez Torepublic ludzi, zauważyła, że przychodzą pod jeden adres i sprawdziła, czy logowania z tamtejszego adresu IP dokonują się w tym samym czasie, co wizyty owiniętych trzydziestoma szalami nieznajomych. Potwierdzenie nadeszło bardzo szybko. Właściciel Torepublic mieszkał w domu z rodziną, która chyba nigdy nie weszła do jego pokoju. Miał tam około sześćdziesięciu laptopów, dwa kilogramy złota, narkotyki i kilkaset tysięcy złotych w gotówce.

Kałasznikow i heroina z dostawą do domu

Brak płynności bitcoina to główna szansa w walce z przestępcami operującymi w internecie. Dlatego tak bardzo bronią i propagują oni wszystkie anonimowe kryptowaluty. Jedną z nich, wręcz idealną dla półświatka, jest Monero (inaczej XMR). W tamtejszym blockchainie nie da się bowiem wyśledzić transakcji. Jak przy bitcoinach trzeba liczyć się z prowizjami każdej z czterdziestu pralek, tak w przypadku XMR już nie. Powszechna zbywalność takiej waluty doprowadziłaby oczywiście do katastrofy. Przestępca, który sprzedaje heroinę przez internet mógłby – po otrzymaniu płatności – przejść się do pobliskiej piekarni i kupić ciasto francuskie. Sprzedawca dostałby swoje pieniądze, ale nie miałby pojęcia od kogo. Jedyna kontrola to ta, w której organy ścigania miałyby dostęp do wszystkich kont. A to jest nierealne.
Właśnie dlatego jak grzyby po deszczu rosną nowe rozwiązania informatyczne, a narkotykowe markety zachęcają do korzystania z lepszych walut niż bitcoin. Odchodzą wtedy problemy z wirtualnym praniem brudnych pieniędzy, ewentualne wezwanie na świadka w procesie jakiegoś nieostrożnego dealera po czterech latach trafi do sześćdziesięciolatka, u którego wynajmowało się pierwsze mieszkanie. A casualowi użytkownicy MDMA będą mogli spać spokojnie, nawet gdyby ich pierwszym i ostatnim kontaktem ze światem substancji psychoaktywnych był nerwowy zakup syropu na kaszel w piątej klasie podstawówki. Niestety, nawet w myśl powtarzanej przez Korwina sentencji volenti non fit iniuria (łac. chcącemu nie dzieje się krzywda), nie musi być to wcale dobre rozwiązanie. Wiele mówi się o przedawkowaniach po spożyciu strychniny czy innych wypełniaczy worka z narkotykiem. Tylko czy rzeczywiście byłoby ich mniej w świecie, w którym do rąk piętnastolatka, który właśnie dostał nowy komputer, może bez większego problemu trafić najczystsza w internecie heroina?

Sieć w sieci w sieci w sieci

Na razie dostępu do darknetu broni skomplikowanie samego procesu wejścia oraz ludzka niewiedza. Innymi słowy, nie każdy czytał, nie każdy wie, nie każdy obsłuży klucz PGP – choć i z tym markety dają sobie radę. Wreszcie nie każdy zrozumie, dlaczego przy zamawianiu grozi mu najwyżej przechwycenie paczki, co i tak jest mniej prawdopodobne niż wpadka i przeszukanie na ulicy przez dwóch zmęczonych życiem funkcjonariuszy.
Jednak poziom wiedzy powoli się zmienia. Darknet przestaje być przyczółkiem pedofilii i odpadów z 4chana, a staje się realnym miejscem, w którym operują przestępcy. Dzięki całkowicie legalnym VPN-om mogą oni swobodnie ukryć wszystkie swoje ruchy ograniczone do internetu i tym samym zmniejszyć ryzyko działań operacyjnych w rzeczywistości. Dotyczy to nie tylko dealerki. Przestępca planujący napad na bank nie musi już ryzykować i osobiście kupować kałasznikowa. Może go zamówić do domu. Razem z amunicją.
Pomimo tego zdecydowana większość rozbojów nadal dokonuje się za pomocą tradycyjnych mafii, a grupa darknetowych zabójców na zlecenie to – poza jednym przypadkiem – oszuści i naciągacze.
Zastanawiająca jest jednak następująca kwestia: czy narkotykowa prohibicja, która przez wiele lat raczej ostro traktowała wszystkich, w tym również tylko posiadających, nie przyczyniła się do podwyższenia wieku inicjacji w świecie substancji psychoaktywnych? Niestety istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie było.
Wkrótce zaś darknet otworzy ścieżkę dealerskiej kariery przed tabletowymi dziećmi, których wcześniej odstraszyłoby widmo policjanta dzwoniącego po matkę. Już teraz reklamy dostawców nastawione są raczej na młodych ludzi, w okolicach osiemnastu, dziewiętnastu lat. Krzykliwe nazwy kolejnych, wspaniałych produktów to woda na młyn dla osób, które chcą się zabawić i nawet nie spojrzą na dawkowanie. A przyzwyczajeni do zmieszanych z solą kuchenną działek przedawkują i w najlepszym wypadku przeżyją wieczór koszmarów z własnym sercem.
Dodatkowo, przy dłuższej relacji między szczęściem w pigułkach a konsumentem, narkotyki zawsze będą wymagały większych pieniędzy. Dlatego obok, w tym samym sklepie internetowym już czekają hakerzy z podrobionymi kartami kredytowymi, zestawy poradników do włamywania się na cudze konta z bitcoinami i wyprowadzania stamtąd małych sum pieniędzy oraz różne inne pomysłowe rozwiązania ograniczające się w większości do zwykłej kradzieży przez internet. Na nieszczęście wszystkich potencjalnie uzależnionych, mając narzędzia potrzebne do tego żeby czuć się bezpiecznie podczas zamawiania kilku gramów marihuany, nie potrzeba niczego, żeby zacząć kraść. A przecież wiadomo, że każda narkomania, nawet ta najpospolitsza – alkoholowa – kończy się właśnie tym: złodziejstwem. Ale podobno karma wraca. Dlatego można żywić nadzieję, że pieniądze znikną z konta tym, którzy narkotyków nie demonizowali. 0

No votes yet.
Please wait...