Festiwalowe lato 2019

Redaktorzy działu Muzyka przygotowali podsumowanie festiwali, jakie odbyły się w Polsce tego lata.

Pexels

 

 

 

 

 

 

Fest Festival

Marek Kawka

Pierwsza edycja organizowanego przez Follow the Step wydarzenia nie obyła się bez problemów, a po odwołaniu występu przez headlinerów, Wu-Tang Clan, niektórzy wątpili nawet w to, czy w ogóle się ono odbędzie. Park Śląski przyjął jednak całą rzeszę gości skuszonych różnorodnym line-upem (trudno o inny festiwal, na którym mogą się spotkać fani Pawła Domagały, Bedoesa, Kero Kero Bonito i drum‘n’bassu) oraz szeregiem dodatkowych atrakcji – strefami chilloutu (świetny pomysł), bogatą ofertą gastronomiczną i atmosferą nowości.

Do minusów można zaliczyć słabą dostępność merchu występujących artystów – oferta ograniczała się w zasadzie do kilku przypadkowych wykonawców i produktów własnych Festu. Wielką zaletą wydarzenia okazała się zaś lokalizacja – Park Śląski jest naprawdę ciekawym miejscem, a dekoracja i  oświetlenie podkręcały jego atmosferę, w szczególności w okolicach scen tanecznych.

Do najlepszych występów festiwalu można zaliczyć piątkowy koncert Viagra Boys, podczas którego szwedzki zespół, na czele z wokalistą Sebastianem Murphym wypocił z siebie litry spożywanego na scenie popularnego lagera. Również Kero Kero Bonito nie zawiedli oczekiwań pomimo świecącego im prosto w oczy oślepiającego śląskiego słońca. ScHoolboy Q osuszył łzy po nieobecnym Wu-Tang Clanie, a show Sevdalizy zachwyciło publiczność Silesia Stage. Dobry początek! Ciekawe, co Fest zaproponuje polskiej publiczności w nadchodzących latach.

 

Audioriver Festival

Patrycja Świętonowska

Pod koniec lipca na płockiej plaży odbyła się 14. edycja festiwalu Audioriver. Wydarzenie przyciągnęło ponad 30 tysięcy gości z całej Polski i zamieniło mazowieckie miasto w prawdziwą stolicę muzyki elektronicznej. Nawet spacer ulicami obfitował w muzyczne doznania czy spotkania z ludźmi beztrosko bujającymi się do wciągających rytmów.

Na samej plaży rozstawiono siedem scen, na których królowały techno i house. W namiocie Kosmos odnaleźli się fani mocnego, industrialnego techno – o udany rejw zatroszczył się między innymi rezydent kultowego berlińskiego Berghainu, Kobosil, który sprawił, że zgodnie z tytułem jednej z jego produkcji, wszyscy chcieliśmy być urodzeni w 1968 roku. Wystąpiły tam także wschodzące gwiazdy polskiej sceny: VTSS i Sept oraz Francuz Shlømo czy brytyjski DJ i producent Blawan. W Circusie z kolei zaprezentowała się znana wszystkim fanom techno Belgijka Charlotte de Witte, ale najbardziej oczarował chyba występ ukraińskiego duetu ARTBAT. Ciężko opisać słowami magię, jaka wypełniła namiot w momencie, gdy do uszu widowni doleciały magiczne nuty remixu Return to Oz.

Drugiego dnia Scenę Burn skradł zaś niemiecki producent Oliver Koletzki, który wprowadził tańczących w trans swoim hipnotycznym setem. Do historii festiwalu z pewnością przejdzie występ Jona Hopkinsa, który tak zaczarował publikę na Main Stage, że nawet deszcz nie stanowił dla nikogo problemu. Na koniec warto wspomnieć także o energetyzujących popisach Black Sun Empire czy Catz ’n Dogs – chyba nikt, kto dotarł do Hybrid Tent, nie mógł powstrzymać nóg rwących się do tańca. Najbardziej wytrwali wcale nie musieli kończyć zabawy o 7 rano – after dalej trwał w LAZZ, plenerowej wersji klubu Luzztro, a także na działającym całą dobę Audiopolu.

 

Tauron Nowa Muzyka

Jacek Wnorowski

W tym roku żarty z nazwy festiwalu nasiliły się już przy ogłoszeniu pierwszego wykonawcy, którym okazała się legendarna grupa Kraftwerk. Jak się jednak okazuje, Tauron Nowa (Stara?) Muzyka to festiwal wciąż godny uwagi, na którym znajdzie się miejsce dla każdego, nawet jeśli nie kieruje się już misją wytyczania nowych ścieżek. Największą zaletą imprezy pozostaje muzyczna różnorodność, pozwalająca jednego dnia słuchać jazzu, rozkoszować się ambientem, skakać do rapu i kiwać się z nogi na nogę w rytm gorących setów techno i house.

Do najbardziej udanych koncertów zaliczyć można: zglitchowaną wizję muzyki tanecznej Amnesia Scanner, świetne audiowizualne show Bjarkiego, ASMR-rap coucou chloe, powrót do tech house’owych korzeni Kamp!, showcase polskiej inicjatywy Oramics i oczywiście pokaz epokowych hitów autorstwa Kraftwerk. Miłym zaskoczeniem okazała się również darmowa woda.

Za to rozczarowaniem numer jeden było z pewnością odwołanie koncertu Marie Davidson wywołane awarią sprzętu artystki. Poza tym występ Yves Tumora odbył się bez zespołu, a dla części widowni nie starczyło okularów 3D, potrzebnych do pełnego odbioru wizualizacji Kraftwerk. Ostateczny werdykt: mocna siódemka.

 

Open’er Festival

Maciej Kondraciuk

Podobnie jak inni festiwalowi giganci, Open’er ponownie skusił dziesiątki tysięcy chętnych dzięki wyważonemu miksowi artystów. Tegoroczną edycję można określić jako rockowo-rapową, jednak w line-upie kryły się też perełki mające niewiele wspólnego z oboma gatunkami. Nie oznacza to, że w Gdyni nie wystąpili ani utalentowani MCs ani zespoły w szczycie formy, przeciwnie. Travis Scott zadowolił wszystkich głodnych trapowych wrażeń, a Stormzy jako zastępca zastępcy bez problemu udźwignął ciężar rozczarowania fanów Lil Uzi Verta i A$APa Rocky’ego. The Strokes i Interpol przypomnieli, dlaczego świat oszalał na punkcie post-punk revivalu kilkanaście lat temu. Przyziemni Vampire Weekend z kolei udowodnili, że ich mocarny katalog prezentuje się jeszcze lepiej w aranżacjach na żywo.

Najlepsze występy należały jednak do artystów niekoniecznie oczywistych dla wszystkich. Zadaszony Alter Stage schronił nie tylko przed ulewą, ale przeniósł festiwalowiczów do innego świata podczas koncertu jazzmana Kamasiego Washingtona. Robyn odegrała prawdziwy spektakl dla zmysłów, pozwalając nawet publiczności na moment przejąć główną rolę podczas ponadczasowego Dancing on My Own. Charyzmatyczna Rosalía dowiodła zaś, że jest prawdziwą supergwiazdą flamenco, a wykonanie show bogatego w choreografię to dla niej błahostka.

Open’er to pewniak, na którego warto postawić nawet w ciemno. Co roku jest gwarancją rozrywki na światowym poziomie.

 

OFF Festival

Alex Makowski

Nie jest łatwo pisać o OFFie i jednocześnie nie brzmieć pretensjonalnie, kiedy za najlepsze występy na festiwalu odpowiadali: tanzański duet rapersko-elektroniczny i brytyjski dance-no wave, a do tego na głównej scenie tego samego dnia grały legendy britpopu i Zespół Pieśni i Tańca “Śląsk”. Ale zarazem na tej eklektyczności opiera się cały urok wydarzenia pod auspicjami Artura Rojka.

Tegoroczna edycja nie odbiegała za bardzo poziomem od poprzednich. Lineup był bardzo przekrojowy, chociaż patrząc na headlinerów można było wyczuć lekki bias w kierunku gitarowym. Nadal jednak dało się znaleźć wśród artystów świetne akty hip-hopowe czy R&B. Slowthai rozkręcił pogo porównywalne do tego na koncercie Idles, a Tirzah urzekała swoim lekkim i eterycznym głosem. Black midi szaleńczo łączyli progowe jamy z math-rockowymi kalkulacjami, a Daughters nie bawili się w konwenanse i niemal przez cały występ walili z każdej strony hałaśliwymi, ciężkimi riffami i perkusją przyprawiającą o zawał. Z lżejszych występów Aldous Harding i Soccer Mommy otulały publikę swoimi aksamitnymi wokalami, które pozwalały na odsapnięcie po intensywnych koncertach.

W kolejnych edycjach warto byłoby dodać więcej artystów z bardziej niszowych i eksperymentalnych odnóg muzyki elektronicznej. Świetnie koncerty Bamba Pana i Lotic tylko pokazują, jak wiele taki repertuar może wnieść do całego doświadczenia festiwalowego. Jednak dalej w obliczu dobroci oferowanych przez OFFa jest to trochę szukanie dziury w całym i pozostaje tylko mieć nadzieję, że przyszła edycja będzie równie satysfakcjonująca.

P.S. Woda była.

 

 

No votes yet.
Please wait...