Ręka mistrza

   Stephen King przyzwyczaił swoich fanów do każdego rodzaju grozy, poczynając na wilkołakach, wampirach, zombie, na przedwiecznym złu z kosmosu kończąc. Przez lata starając się zyskać światową sławę wielce lubił się w historiach o duchach, które miały coś do powiedzenia, jak w Lśnieniu, gdy podejmował rozważania nad obłędem i alkoholizmem udręczonego człowieka. Zazwyczaj jednak prym nad przekazem brały często kiczowate stwory i sytuacje, jak Jezus mówiący z telewizora, czy biegające żywopłoty. Po latach postanowił jednak zerwać z łatką rzemieślnika i „najstraszniejszego gościa w Ameryce”, jak został określony przez opinię publiczną po zagraniu w reklamie kart kredytowych i tworzył historie, w których groza wynikała nie z samej prezencji potworów, ale i z ich realności. Pierwsze takie zabiegi zastosował już w Cmętarzu Zwieżąt, a na większą skalę pod pseudonimem Richard Bachman i po wypadku, któremu uległ pod koniec dwudziestego wieku. Oczywiście jednocześnie nie rezygnując z uwielbianych przez siebie sił nadnaturalnych. Im dalej posuwać się w bibliografii, tym bardziej fanaberie wyobraźni Kinga ustępują miejsca filozoficznym tyradom i skupieniu uwagi na grozie, która wynika z ludzkich zachowań, a nie pierwotnego zła ukrytego w prowincjonalnym miasteczku, nie gdzie indziej, jak w stanie Maine. Jak sam wspomniał, z potworami ostatecznie rozprawił się przy okazji powieści To.

   Jednak, kto Kinga zna, ten wie, że obietnice twórcy zazwyczaj kończą się tylko na słowach i nietrudno było przewidzieć, że gawędziarz z Bangor urządzi sobie kilka nostalgicznych skoków w bok, ku potworom z kina klasy B, jak w Outsiderze. Ostatecznie jednak kierunek większości powieści zmienił i skupił się w nich na ludziach, sensu stricto. Na tym, jaka jest ich natura (Pudełko z guzikami Gwendy), na tym, czy są ludźmi dla innych (Uniesienie), jakie piekło są gotowi zgotować. Często okraszając życiowe historie ukochanymi wątkami paranormalnymi, które już zamiast stanowić główną oś fabularną, są tłem i sposobem na podjęcie palących tematów. Takie było Dallas ‚63, takie było Pod Kopułą i dokładnie taki jest Instytut, czyli najnowszy owoc prozy Króla. 

 

Instytut

   Fabuła Instytutu przypomina do złudzenia wątki znane z To oraz z Podpalaczki. Gdzieś w lasach Maine ukryty jest kompleks, do którego trafiają „niezwykłe” dzieci z całego kraju. Brutalnie wyrwane rodzinom budzą się w pokojach podobnych do ich własnych, tylko że bez okien. Szybko dowiadują się, że trafiły do miejsca, gdzie prowadzone są badania nad ich nadnaturalnymi zdolnościami, do tzw. Przedniej Połowy. Gdy testy dobiegają końca, dzieci odsyłane są do Tylnej Połowy, skąd nikt już nie wraca. Gdy młody geniusz Luke Ellis trafia do Instytutu wie, że musi zrobić wszystko, by uciec, nawet, jeśli przypłaci to życiem.

   I oczywiście trzeba się zgodzić z faktem, że cały ten koncept był maglowany przez popkulturę mnóstwo razy. Tajny rządowy projekt widzieliśmy już w Stranger Things, przygody paczki dzieciaków pamiętamy ze Stand by meTo. Instytut zatem nie jawi się jako historia nowatorska i przełomowa, a bardziej jako mrugnięcie okiem w stronę czytelnika i pokazanie mu tego, co pokochał już kiedyś. Powieść na wtórności nie traci o dziwo nic, ponieważ sposób, w jaki została napisana i tempo opowiadanej historii wynagradza wszystkie możliwe obiekcje. 

 

Pamiętnik Rzemieślnika

   King w Instytucie kolejny raz zachwyca gawędziarstwem, które jest dla niego tak znamienne. Świat przedstawiony dzięki soczystym opisom wręcz materializuje się przed oczami czytelnika, a emocje i wątpliwości targające bohaterami nie pozwalają odpuścić przed końcem. Struktura opowieści jest zaskakująco linearna i konsekwentna, nie ma w niej miejsca na zbędny kicz i kuriozalne rozwiązania fabularne, co często zarzucano Kingowi. Wydarzenia następują po sobie w należytym porządku, bohaterowie są napisani z odpowiednim wyczuciem – nie mają w sobie irytującego przerysowania i szablonów zachowań, tylko naturalne, złożone charaktery. Tak samo ich motywacje nie wyglądają na szybko dopisywane, by pchnąć fabułę do przodu. Odpowiednie wydarzenia wywierają wpływ na bohaterów, uczą ich, charakteryzują i definiują. Budowane od pierwszych stron rozgoryczenie paczki młodych bohaterów narasta w naturalnym tempie, powodowane kolejnymi wydarzeniami, które tworzą w postaciach, jak i u czytelnika, poczucie nieuniknionej eskalacji. 

 

Przebudzenie

   King będący wspaniałym rzemieślnikiem, w Instytucie daje także pokaz swojej wrażliwości artystycznej i prezentuje przemyślenia nad współczesnym stanem świata; nie szczędząc środków, by dać do zrozumienia, że należy poddać refleksji wszystko to, co jako osoby żyjące w społeczeństwie, jesteśmy w stanie zauważyć i wybudzić się z obłudy serwowanej przez rządzących. Dlatego też często wypływają w tekście lewicowe poglądy Kinga, jego sprzeciw dla ruchu antyszczepionkowców,  prześladowań lobby LGBT+, a szczególnie akcentuje swoją dezaprobatę względem rządów Trumpa. Gdyby dokładnie przeanalizować strukturę powieści można by wysnuć wniosek, że Instytut jest pretekstem do przeciwstawienia tych „złych”, czyli zwolenników polityki prezydenta USA, z tymi bezbronnymi i uciemiężonymi, czyli metaforycznym narodem amerykańskim i mniejszościami religijnymi lub rasowymi. Ten drugi wymiar interpretacyjny czyni z powieści Kinga dzieło szczególne, w którym każdy znajdzie odbicie własnych sytuacji, czy poglądów. Dla Polaka może stanowić krytykę rządów PiS, dla ludności Korei Północnej… cóź, tam ta powieść prawdopodobnie nie dotrze. 

   W rezultacie Instytut jest jednym z najbardziej dojrzałych dzieł w pokaźnej bibliografii autora i stanowi doskonałą mieszankę dla wszystkich. Zwolennicy Kinga – „najstraszniejszego gościa w Ameryce” dostaną najczystszą grozę, jeszcze straszniejszą, niż w starych jego powieściach, bo bardzo realną. Natomiast ci, którzy kochają nowego Kinga opowiadacza, artystę i rzemieślnika – szokujący przesłaniem kawał fantastycznej literatury. 

 

Dominik Tracz

4,5/5

Rating: 4.0. From 1 vote.
Please wait...