Taylor Swift – Lover

Chociaż niektórzy mogą do siebie nie dopuszczać tej myśli, niewiele jest mainstreamowych artystek, którym definiowanie swojej muzyki na nowo przychodzi tak łatwo jak Taylor. W zasadzie od dekady każdy album Taylor jest inny. Jasne, nie są to transformacje tak charakterystyczne jak Paramore czy choćby The 1975, ale na popowym poletku Swift zdołała już zmierzyć się z każdym możliwym podgatunkiem, od niewinnych, słodko-gorzkich, ale raczej nieco żenujących mariaży teen popu z country, przez wyraziste, elektropopowe szlagiery, po romanse zarówno z synthwave, jak i agresywnym electroclashem.

W tym kontekście Lover pozostawia wiele do życzenia: nie dzieje się nic nowego, a stare patenty sprawdzają się dosyć rzadko. Dużo utworów grzęźnie w bagnie przeciętnych rozwiązań produkcyjnych: trapowe tło London Boy, pozbawione wyobraźni akordy utworu otwierającego albo nijaka linia syntezatorowa You Need to Calm Down. Ratunek od całkowitej porażki zapewnia “złota rączka popu”, czyli producent Jack Antonoff. Chociaż nie zbliża się do poziomu osiągniętego na Melodramie Lorde czy tegorocznej płycie Lany Del Rey, potrafi wykrzesać energię nawet z prostego podkładu Paper Rings czy akustycznego szkieletu Death by a Thousand Cuts, a z False God tworzy dopracowaną dźwiękową mozaikę pełną inspiracji. Przy Cruel Summer pomagała mu dodatkowo Annie Clark i to właśnie ta kompozycja, wraz z soft-rockowym utworem tytułowym, są najjaśniejszymi momentami płyty.

Szkoda jednak, że przy tak dobrych muzycznie piosenkach ujawnia się kolejny grzech Swift: tekstowa monotematyczność i brak słownego polotu. Większość płyty traktuje o samej Taylor (szczytem jest ME!, w którym tytułowe słowo pada jakieś trzysta razy) i jej miłosnych uniesieniach w nowym związku (tytuł albumu jest nieprzypadkowy). Wrażenie egocentryzmu podbija cała masa autoreferencji, dzięki którym z tekstów Taylor wyłania się starannie kreślone uniwersum, szkoda jednak, że tak mało fascynujące. Dodatkowo album odrzuca czasem trwania, a wielu potencjalnych słuchaczy zniechęcił już fatalny dobór singli.

Wydaje się więc, że Taylor nie ma ostatnio szczęścia do dobrych decyzji i szczęśliwych zakończeń (vide afera z prawami do własnej twórczości) i jej udana relacja z Joe Alwynem, jako swoista ostoja, musiała się stać tematem przewodnim płyty. Szkoda, że w tak pięknych życiowych okolicznościach muzyka Swift jest wyjątkowo nijaka. Czy tylko celebryckie afery są w stanie obudzić w niej pewność siebie i dzikość? Jeśli tak, to życzymy Taylor kolejnego głośno komentowanego sporu, chociaż może tym razem już nie z Kanyem Westem.

Ocena: 2,5/5

No votes yet.
Please wait...