Tropical Fuck Storm – Braindrops

Ile szaleństwa to zbyt dużo szaleństwa? Tropical Fuck Storm najpewniej zadało sobie to pytanie po fantastycznym zeszłorocznym debiucie, który każdego uśmiechniętego słuchacza nastawionego na rockowe hymny à la AC/DC, rzucał na beton i kopał po twarzy i brzuchu, krzycząc: “o mój Boże, żyjemy w społeczeństwie!”. Szaleńcze blues-punkowe brzmienie A Laughing Death in Meatspace bardzo dobrze oddawało dzikość otaczającego świata, choć jednocześnie mogło być lekko przytłaczające.

Na nowym albumie TFS zamienia agresję na dynamikę, o wiele więcej jest tu przestrzeni do oddechu. Paradoksalnie jednak można uznać Braindrops za album równie ciężki co debiut, chociażby dlatego, że nieco bardziej wycofane instrumentarium czy spokojniejsze piosenki pozwalają na większe skupienie nad tym, co zespół ma do powiedzenia. A jest tego dużo. Od Paradise, które bardziej niż raj brzmi jak poczekalnia w polskim szpitalu, w którym kolejkę zajmują 60-letni heroiniści ledwo trzymający się na nogach, przez Who’s my Eugene? traktujące o strachu przed głęboką relacją w obawie przed emocjonalnym uzależnieniem od drugiej osoby, a kończąc na wisielczo-klimaktycznym Maria 93, które można podsumować stwierdzeniem „teorie spiskowe są głupie”, ale historia zawarta w utworze jest warta wysłuchania (zwłaszcza jeśli agent Mossadu spotykający się z córką neonazistowskiej legendy brzmi dla kogoś ciekawie).

Nie znaczy to, że samą liryką stoi ten album. Zespół brzmieniowo jest jakimś cudem jeszcze bardziej chaotyczny, na granicy rozjazdu, a zarazem wyrafinowany. Dalej słychać u TFS agresję, ale tym razem jest ona trochę bardziej zakamuflowana pod takimi smaczkami jak sekcja smyczkowa zamykająca Maria 93 czy perskie melodie w Desert Sands of Venus. Trzeba się trochę nasłuchać i nagłowić, żeby wydobyć pełnię dobroci z tej płyty, ale naprawdę warto.

Ocena: 4/5

No votes yet.
Please wait...