iManiacs – przeprogramowani 

Facebook, Instagram, Tinder, Twitter. Nieodłączni towarzysze naszej codzienności – zabieganych poranków, popołudni w pracy i bezsennych nocy. Zamknięci w ekranach telefonów są dla nas dostępni 24/7, dostarczając najświeższych informacji, inspiracji i ciągle nowych rozrywek. Ich obecność jest dla nas tak naturalna, że przestajemy zauważać ogrom czasu, który na nie przeznaczamy. Czy jednak logując się do Internetu nie wylogowujemy się równocześnie z własnego życia?


22 stycznia 1984 r., Tampa Stadium, Floryda. XVIII Super Bowl. 73 tysiące widzów na trybunach i 77 milionów przed telewizorami przygląda się zmaganiom LA Raiders i Washington Redskins w walce o mistrzostwo ligi futbolu amerykańskiego. Faworytami bukmacherów są Redskinsi, którzy w ostatnich miesiącach z łatwością pokonywali swoich przeciwników, zdobywając tytuł najlepszej drużyny sezonu zasadniczego. Tamtego dnia nie potrafią jednak wyjść z boksów przegrywając 3-21 w połowie gry. Podczas przerwy na ekranach telewizorów i telebimów przewijają się reklamy. Wśród nich pojawi się jedna, która szczególnie zapadnie milionom Amerykanów w pamięć
jest to spot “1984” promujący przełomowy produkt firmy Apple – pierwszy komputer osobisty Macintosh nowej generacji. Reklama, utrzymana w odcieniach szarości, przedstawia orwellowską koncepcję świata jako zunifikowanego, bezrefleksyjnego i poddanego całkowitej, wszechobecnej kontroli. Nagle pojawia się ona wyróżniająca się z tłumu kobieta ubrana w biały podkoszulek i pomarańczowe spodnie. Uciekając przed służbami trzyma w dłoniach młot, którym rozbija ekran podpowiadający masom jak funkcjonować.  Jednocześnie widzowie otrzymują od narratora komunikat “On January 24th, Apple Computer will introduce Macintosh. And you’ll see why 1984 won’t be like 1984(tłum. 24. stycznia Apple wprowadzi Macintosha. Wtedy zobaczysz, dlaczego 1984 nie będzie jak “1984”)

Spot “1984” wywołał wśród tłumów szał, szybko stając się jedną z najczęściej omawianych i emitowanych reklam w kraju. 24 stycznia, w dniu wprowadzenia komputera na rynek, konsumenci zalali sklepy Apple’a ustawiając się w kolejki po swój własny sprzęt. Popyt przewyższył podaż i tak 3 miesiące po wprowadzeniu Maca na rynek sprzedaż osiągnęła 50 tysięcy sztuk, by pod koniec roku dobić do 250 tysięcy. Czym Macintosh różnił się od swoich poprzedników? Uwzględniał potrzeby nie tylko pasjonatów technologii, potrafiących własnoręcznie składać maszyny i pisać długie kody, lecz przede wszystkim “osób z ulicy”. Upraszczając obsługę komputera do prostych komend wyświetlanych na przyjaznym, dołączonym do zestawu ekranie, Apple otworzył rynek dla wszystkich. Wprowadził też przełomowe urządzenie do obsługi oprogramowania myszkę oraz na stałe zainstalował w pakiecie programy takie jak MacWriteMacPaint protoplastów aplikacji typu OfficeAdobe Photoshop, które zrewolucjonizowały rynek komputerów raz na zawsze. 

Króliki doświadczalne 

W miarę upływu lat komputery stawały się coraz mniejsze, tańsze, bardziej wszechstronne oraz łatwiejsze w użyciu. Powoli zaczęły przejmować funkcje innych wynalazków maszyny do pisania, kalkulatora, zegara, mapy oraz radia i telefonu. Ukradły czytelników bibliotekom i tradycyjnej prasie, a po opanowaniu świata biznesu zaczęły pojawiać się w rękach coraz młodszych użytkowników. Wraz z nadejściem mediów społecznościowych szybko zmieniły się w stałe, a dla wielu jedyne łączem z rzeczywistością, naszą obsesję. Nic w tym zresztą dziwnego. Miesiąc po miesiącu, tydzień po tygodniu i dzień po dniu Internet zmienia swoją formę adaptując się do naszych potrzeb. Liderem wśród innowatorów jest Google, którego wytrwałość w digitalizowaniu naszego świata jest już legendą. Firma testuje każdy element – od barw podświetlenia linków przez rozmieszczenie obiektów po wygląd paska narzędzi. Cel jest jeden – zaangażować jeszcze więcej uwagi i czasu użytkownika. Tylko dzięki temu internetowi giganci mogą liczyć na zyski od swoich klientów – reklamodawców.

Dla przykładu, w 2018 r. Facebook zarobił dzięki reklamom ponad pięć miliardów dolarów, co oznaczało trzydziesto-ośmioprocentowy wzrost zysków w stosunku do 2017 r. W tym wyścigu najbardziej rozgrywani jesteśmy my, konsumenci. Technologia zmienia nasz plan dnia, naszą rutynę, nasze relacje i wreszcie diametralnie i niebezpiecznie odmienia strukturę naszego mózgu i naszą osobowość. Żeby zrozumieć, jakie części i dlaczego technologia przekształca w nas samych musimy zajrzeć w głąb naszego umysłu. 

Umysł kameleon

Mózg to najważniejszy organ naszego ciała. Stanowi nie tylko ośrodek generowania każdej aktywności życiowej, przechowywania pamięci i doświadczeń, lecz także przez wszystkie swoje funkcje jest podstawą naszej osobowości. Składa się z dwóch półkul, których zewnętrzną część tworzy kora mózgu zbudowana z istoty szarej. To w niej zlokalizowane są ciała komórek nerwowych tzw. neuronów, przekazujące poprzez synapsy informacje pomiędzy różnymi obszarami umysłu. W momencie narodzin układ synaps jest zapisany genetycznie, jednak w miarę nabierania nowych doświadczeń potrafi się wzmocnić, osłabić lub zupełnie przeprogramować. Każde nawet najmniejsze zadanie lub doznanie oznacza aktywację zestawu neuronów w mózgu, które jeśli są blisko, łączą się poprzez wymianę neuroprzekaźników takich jak glutamina. Jeśli dane zachowania zaczynają się powtarzać, połączenia wzmacniają się i mnożą tworząc szlaki umysłu. 

Umiejętność utrwalania została odkryta stosunkowo niedawno, bo w 1998 r. przez Erica Kandela noblistę z dziedziny fizjologii i medycyny. Zaprojektował on wtedy badanie na ślimaku, podczas którego dotykał skrzeli zwierzęcia. Początkowo zachowanie to wywoływało cofnięcie mięczaka, jednak gdy badacz zaczął stymulować skrzela raz za razem nie wyrządzając ślimakowi krzywdy odruch cofania stracił na sile, by następnie zupełnie zniknąć. Tego typu reakcja związana była z osłabieniem połączeń synaptycznych między neuronami czuciowymi (odczucie dotyku), a motorycznymi (reakcja na dotyk). Badacz odkrył, że podczas gdy w normalnych warunkach 90 proc. neuronów czuciowych związanych było z motorycznymi, po eksperymencie drażnienia skrzeli zaledwie 40 razy z rzędu odsetek ten spadł do 10 proc. 

Medium absolutne

Wnioski z badania na ślimaku i jego reakcjach na bodźce mają zastosowanie również w przypadku analizy ludzkiego mózgu. Tak jak u mięczaków nasz umysł ma ogromne możliwości adaptacji (wg badań z 2008 r. w przypadku nadmiernej ekspozycji na technologię zmiany w funkcjonowaniu widać już po 6 dniach). Niestety, w miarę naszych działań nie tylko przystosowujemy mózg do poprawy naszych umiejętności, lecz także do wytworzenia niekorzystnych dla nas samych sztywnych zachowań. Tak więc jeśli rano po przebudzeniu lub bezpośrednio przed pójściem spać zaczniemy przeglądać ulubione social media, nasz umysł sprawi, że stanie się to dla nas rutynowym, impulsywnym działaniem. Zlikwiduje za to inne rzadziej używane połączenia, przez co chęć sięgnięcia po książkę lub porozmawiania ze współlokatorem czy partnerem stanie się dla nas kwestią drugorzędną. 

Nicholas Carr w książce Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg zauważa: jedno jest jasne: gdyby biorąc pod uwagę wszystko to, co wiadomo obecnie o neuroplastyczności mózgu trzeba było stworzyć medium, które gruntownie i szybko zreorganizuje układ naszych mózgowych obwodów neuronowych, prawdopodobnie powstałoby coś, co wygląda i działa w dużej mierze jak Internet. Chodzi tu nie tylko o to, że korzystamy z niego regularnie (i obsesyjnie), ale i o to, że dostarcza nam dokładnie tego rodzaju bodźców sensorycznych i poznawczych powtarzających się, intensywnych, interaktywnych, uzależniających które prędko i wyraźnie przekładają się na zmiany w mózgu.

Gdy podłączamy się do sieci momentalnie zalewa nas fala bodźców, która płynie prosto do naszej kory wzrokowej, somatosensorycznej i słuchowej. Część doznań dociera poprzez palce, gdy klikamy, naciskamy i dotykamy pojedyncze ikonki. Nie brakuje również sygnałów dźwiękowych w postaci przychodzących powiadomień, maili czy smsów, które kierują naszą uwagę na zachodzące właśnie w tym momencie zmiany. Istnieje też multum bodźców wzrokowych przewijające się zdjęcia i materiały wideo, migające reklamy i hiperlinki, formularze pop-up i okna wyskakujące przy wejściu na stronę, które muszą zostać zamknięte lub przeczytane. Internet angażuje wszystkie nasze zmysły oprócz (na razie) smaku i zapachu i to jednocześnie. 

Elektroniczna kokaina

Największą zaletą i przekleństwem medium jest jednak system szybkiej odpowiedzi i nagradzania, zachęcający do spędzenia więcej czasu online. Gdy wpisujemy w Google frazę w mgnieniu oka dostajemy całą listę ciekawych informacji do zweryfikowania. Klikając jeden z linków, otrzymujemy coś nowego do obejrzenia, ocenienia i udostępnienia dalej. Publikując post momentalnie jesteśmy nagradzani komentarzami i reakcjami innych, a nasza potrzeba afirmacji jest zaspokajana poprzez nieustanny dopływ dopaminy do mózgu. Interaktywny charakter sieci daje nam narzędzia do nieustannego odnajdywania informacji, wyrażania nas samych i łączenia się z ludźmi. Równocześnie zmienia nas w szczury laboratoryjne, które kompulsywnie pociągają różne dźwignie, aby otrzymać pożądane granulki społecznego i intelektualnego pożywienia. 

Ciekawym przykładem obrazującym to zjawisko jest fenomen aplikacji Candy Crush. Według Kinga, twórcy gry, ponad 9 milionów ludzi spędza więcej niż 3 godziny dziennie w aplikacji. To ponad czterokrotność oficjalnej populacji Warszawy! Tak ogromna popularność jest zaskakująca biorąc pod uwagę charakter gry głównym jej zadaniem jest ułożenie cukierków w rzędach lub kolumnach tak, aby stworzyć sekwencje przynajmniej 3 pasujących kolorem słodyczy. Gdy tak się stanie, gracz dostaje punkty, a na planszy pojawiają się nowe obiekty. Ktoś się pewnie uśmiechnie i zapyta jak można przeznaczać więcej niż kilka minut w trakcie dnia na tego typu rozrywkę?. Bennett Foddy, autor gier wykładający ich programowanie na NYU Game Center, wyjaśnia, że za sukcesem Candy Crush stoją nie tyle zasady, co “soczystość” i design gry, które tworzą sensoryczne i samonagradzające tło. Kolorowe cukierki opadają w dół wydając satysfakcjonujące brzdęknięcia, niski głos zaprasza do dalszej gry i gratuluje użytkownikowi przejścia do kolejnego poziomu, mózg zaś karmi się dopaminą wydzielaną po każdej wygranej średnio co kilka sekund. Gdyby zamiast tego na ekranie pojawiły się kanciaste kształty, które użytkownik mozolnie przesuwałby na inne miejsce oraz gdyby zrezygnowano z fanfar na koniec gry czy możliwości odblokowywania następnych etapów, gra na pewno nie zostałaby ściągnięta ponad 500 milionów razy. 

Jeżeli ktoś uważa ten przykład za przerysowany i myśli, że dotyczy jedynie ułamka prymitywnej części społeczeństwa, powinien spojrzeć na biegaczy w centrach miast. Większość z nich ćwiczy z telefonem, w którym ma zainstalowaną aplikację monitorującą ich postępy. Mamy tu do czynienia z dokładnie tym samym mechanizmem, co w przypadku aplikacji Candy Crush. Biegamy otrzymując równocześnie nieustanne komendy od wirtualnego trenera, który motywuje nas do cięższej pracy i gratuluje po każdym następnym kilometrze. Gdy ćwiczymy regularnie, szybko odblokowujemy kolejne poziomy, co aplikacja obwieszcza fanfarami i komunikatem Dobra robota! Oby tak dalej! Jesteś niepokonany!. Gdy tego nie robimy nasz wirtualny trener martwi się, czy wszystko jest z nami w porządku, pokazuje osiągnięcia znajomych i zaprasza do kolejnego treningu. My zaś, chcąc znowu czuć, że udaje nam się pokonać samego siebie, sięgamy ponownie po aplikację i po raz kolejny pozwalamy jej śledzić trasę i tempo naszego biegu. 

Owładnięci

Internet kontroluje naszą uwagę w znacznie większym stopniu niż kiedykolwiek robiło to radio, telewizja czy telefon. Tak naprawdę niezależnie od miejsca i pory dnia wszędzie da się zauważyć osoby przyklejone do ekranów, obojętne na świat wokół. Według Narodowej Rady Bezpieczeństwa każdego roku 1,6 milionów wypadków samochodowych w USA jest spowodowana używaniem telefonów przez kierowców. Ta liczba to 25 proc. wszystkich wypadków w ciągu roku. W 2011 r. w słownikach pojawił się również nowy termin selficide, który na polski tłumaczy się jako śmierć przez zrobienie selfie. Raport z 2018 r. opublikowany w Journal of Family Medicine and Primary Care opisuje, że przez 7 lat w ten sposób zginęło ponad 250 osób. Był to skutek bardziej ryzykownych zachowań użytkowników pragnących uchwycić idealne, jedyne w swoim rodzaju ujęcie oraz pozowania z bronią i przypadkowego pociągnięcia za spust. W związku z tymi wydarzeniami rząd Stanów Zjednoczonych wprowadził tzw. strefy wolne od selfie w miejscach turystycznych takich jak plaże, klify oraz szczyty górskie i dachy wysokich budynków. 

To, co wzmacnia efekt obojętności na świat zewnętrzny to interaktywność sieci. Włączając telefon i otwierając Facebooka dajemy sobie również możliwość nieustannego kontaktu z innymi osobami. W ten sposób realizujemy fundamentalną potrzebę człowieka jako zwierzęcia stadnego potrzebę socjalizacji. Odcięci od sieci czujemy się jakby wyjęci z własnego życia szybko pojawia się w nas niepokój, czujemy na własnej skórze syndrom FOMO (fear of missing out po polsku lęk przed pominięciem) czy fantomowych wibracji, kiedy wydaje nam się, że w kieszeni wibruje telefon, który przecież jest wyłączony i leży na dnie plecaka. Ciekawym zjawiskiem jest wobec tego fakt, że pomimo zwiększania się czasu spędzonego przed ekranami do średnio 7 godzin dziennie, od 2007 r., czyli momentu wprowadzenia smartphonów do powszechnego użytku, odsetek osób w Stanach, które czują się samotne wzrósł z 21 do 31 proc. (2015 r.).

Pamięć krótkotrwała

Internet nie tylko wzmacnia poczucie naszej samotności redukując czas spędzany z innymi twarzą w twarz, lecz wpływa również na naszą pamięć. Udoskonalany od lat 90. idealnie pozwala odwzorować rzeczywistość. Artykuły na stronach internetowych i ich układ przypominają przecież te same teksty, które można znaleźć w gazecie, wideo na Youtube to przecież nowy odpowiednik audycji radiowych i profesjonalnych filmów, a notatki w komputerze wyglądają lepiej niż ich analogowe odpowiedniki pokreślone w zeszycie. Niestety, nasz umysł przy kontakcie z wirtualną mimikrą nie daje się zwieść i pracuje zupełnie inaczej niż w rzeczywistych warunkach. W momencie sięgnięcia po telefon umysł otrzymuje setki bodźców, które angażują wszystkie jego obszary te związane z językiem, pamięcią i przetwarzaniem bodźców wizualnych, ale również takie, które w przypadku czytania tekstu rzeczywistego nie są aktywne, a więc obszary przedczołowe odpowiedzialne za podejmowanie decyzji i rozwiązywanie problemów. 

W takim środowisku głęboka lektura i długookresowe zapamiętywanie informacji są niemożliwe. Wszystko za sprawą ograniczonej pojemności pamięci krótkotrwałej, która przenosi wiedzę i doświadczenia do pamięci długotrwałej, czyli banku naszych wspomnień. Pamięć krótkotrwałą można porównać do naparstka, który napełnia wannę (pamięć długotrwałą), zaś wszelkie zewnętrzne bodźce do kranu w umywalce, z którego leje się woda. W momencie czytania książki strumień wody jest równomierny i nieprzerwany, zaś jego intensywność możemy zmniejszać lub zwiększać za pomocą tempa lektury. Gdy logujemy się do sieci sytuacja się zmienia pojawiają się dodatkowe krany, a każdy z nich jest odkręcony na maksymalną moc. Chcąc czerpać z każdego źródła, naparstek zbiera jedynie pojedyncze krople z wybranych punktów, zaś większość informacji rozlewa po drodze. Konsekwencją tych działań jest płytka i pobieżna wiedza z każdej dziedziny, jaką interesujemy się online. Technologia, której używamy sprawia, że nasz umysł przegrzewa się odczuwając przeciążenie poznawcze czytamy, jednak nie zapamiętujemy schematów, przez co nie potrafimy połączyć wyczytanych informacji w logiczny sens, przesuwając się jedynie po powierzchni morza słów. Internet wymaga naszego skupienia, jednak jest ono skierowane nie na rzecz, którą w danym momencie oglądamy, a na urządzenie, które trzymamy przed sobą.

Druga strona medalu

Czytając analizy zmian zachodzących w umyśle zaczynamy odczuwać pesymizm w odniesieniu do nadchodzących czasów. Prawda jest jednak taka, że konsekwencje ekspozycji na nowe technologie nie są wyłącznie negatywne. Jak pokazuje badanie nad grami komputerowymi z 2003 r. pewne zdolności poznawcze nawet się dzięki nim wzmacniają. Mowa tu przede wszystkim o lepszej koordynacji na linii oko-ręka, szybkim przetwarzaniu i reagowaniu na bodźce wzrokowe czy lepszej identyfikacji przedmiotów w swoim otoczeniu. Jak mówi Gary Small, dyrektor Centrum Badań nad Starzeniem i Pamięcią Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, nasze mózgi uczą się szybkiego koncentrowania uwagi, analizy informacji i niemal natychmiastowej decyzji o dalszych krokach. Im więcej czasu spędzamy online, tym bardziej przystosowujemy naszą sieć neuronową do szybkich i ostrych skoków ukierunkowanej koncentracji. Pozwala to na większą elastyczność i wielozadaniowość dzięki Internetowi potrafimy szybko przejść od jednego zadania do drugiego, jednak traci na tym nasza kreatywność i umiejętność refleksji nad wykonywanymi czynnościami. 

Pokolenie nagłówków

Co ciekawe, człowiek posiada naturalne predyspozycje do rozproszenia. W prehistorii skłonność ta pozwoliła naszemu gatunkowi przetrwać i ewoluować. Nasi przodkowie nieustannie przenosili spojrzenie i uwagę z jednego przedmiotu na drugi tak, aby wyczulić zmysły na zmiany w otoczeniu i w porę zauważyć drapieżnika lub pożywienie. Przez wieki czytanie książek było wobec tego nie tylko nienaturalne, ale i niemożliwe ze względu na obowiązek nieprzerwanego utrzymania uwagi na pojedynczym, statycznym obiekcie. Wymagało dodatkowego treningu umysłu, by ten ignorował wszystko, co dzieje się dookoła i przez to stanowiło swoisty akt medytacji, w którym człowiek musiał oderwać swój umysł od rzeczywistych problemów, aby napełnić go tysiącem słów.

Czasy szły jednak naprzód, a nasi przodkowie coraz mocniej naginali naturę pod swoją wolę, zaczynając samemu o sobie decydować. Tego typu kontrola pozwoliła na spokojniejszą egzystencję i wykształciła grunt pod nowe umiejętności. Jedną z nich było właśnie czytanie, które umożliwiło naszym przodkom przyswajanie nowych informacji o sobie oraz otaczającym ich świecie i jego historii. Trenowało też ich umysły, które w miarę coraz częstszego czytania przeprogramowywały się i zmieniały usposobienia czytelników. Jak wykazało badanie przeprowadzone w 2016 r. przez grupę neurobiologów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis głęboka lektura pozwoliła człowiekowi na wejście w buty bohaterów nie tylko w sposób abstrakcyjny, lecz również rzeczywisty. Dowiedziono, że gdy tylko czytelnik otwierał książkę, jego umysł zaczynał działać w taki sposób, jakby nie siedział w fotelu, tylko naprawdę przeżywał daną historię. Dlatego właśnie ciekawa, wciągająca lektura była w stanie wycisnąć z nas łzy, wzbudzać uczucie pożądania czy strachu. Co więcej, dzięki możliwości kontrolowania tempa lektury pamięć nie była obciążona, przez co potrafiła przyswoić większość zewnętrznych informacji i schematów oraz od razu włączyć je do banku wspomnień. Pozwalało to nie tylko na wzbogacenie doświadczenia otaczającego świata, lecz również na zwiększenie zdolności do abstrakcyjnego myślenia i rozwinęło mózg w nowym kierunku w stronę świata refleksji, kreatywności i nowych pomysłów.

Niestety, obecnie poprzez nadmierną ekspozycję na social media coraz częściej odbiegamy od głębokiego skupienia, skłaniając się raczej ku ciągłemu rozproszeniu. Powoli ponownie zmieniamy się w prehistorycznych zbieraczy. Zamiast jednak wyczulać nasze zmysły na zagrożenie ze strony drapieżników, my czychamy na nowe informacje, plotki i przeceny w ulubionych sklepach internetowych. Przyjmujemy je na pęczki, z kilku źródeł na raz, byle więcej, byle jak. Nie zdajemy sobie często sprawy, że tego typu kompulsywne zachowanie nie przyczynia się do powiększenia naszej wiedzy, a do sytuacji wręcz odwrotnej. Im częściej wykonujemy wiele zadań równocześnie, tym częściej nasz mózg czuje się przemęczony i przytłoczony. Nie potrafimy wtedy odróżnić informacji istotnych od nieważnych, sygnałów od hałasu, przez co jesteśmy bardziej podatni na stereotypizację i poleganie wyłącznie na skrótowych informacjach. Twitter? Facebook? Forum internetowe? Wszędzie można zauważyć jednostki, które komentują posty zupełnie nie znając ich kontekstu, nie potrafią dyskutować z osobami o odmiennych poglądach i nawet nie chcą wyjść ze swojej strefy komfortu, by dowiedzieć się czegoś więcej. Egoistyczni, jadowici i bezrefleksyjni wypełniają coraz większe przestrzenie internetowych zakątków. Są idealnymi odbiorcami szerokiego strumienia fake newsów tworzonych przez firmy typu Cambridge Analytica. Płytkie umysły to dla takich przedsiębiorstw idealny grunt pod manipulacje małym kosztem. Kiedyś by oszukać ludzi trzeba było zatrudnić sztab osób dziennikarzy, filmowców, specjalistów od psychologii i marketingu. Dziś wystarczy jedynie zmienić nagłówki i wrzucić je na dowolną platformę, by masy niosły je w eter nie pytając o nic. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...