Pewnego razu… u Tarantino

Nagroda Palm Dog, 367 mln dol. przychodu z biletów, Miasto Aniołów, Quentin Tarantino i… spełnione marzenia. Rafał Zawierucha w filmie „Pewnego razu w Hollywood” wcielił się w rolę Romana Polańskiego i tym samym wszedł na salony w towarzystwie największych gwiazd XXI w. Schodzić z podium na razie nie zamierza, wręcz przeciwnie, szczególnie że cały świat stoi dla niego otworem.

MAGIEL: Pewnie się pan domyśla, że rozmawiać będziemy o Pewnego razu w Hollywood.

Rafał Zawierucha: Tak, chociaż ostatnio też rozmawiam o tym, że nasz polski tytuł powinien raczej brzmieć Dawno temu w Hollywood, bo u nas tak zaczynają się bajki. A to pewnego rodzaju sugestia, że to jest baśń, że wszystko mogło potoczyć się właśnie tak jak w filmie.

Pan był w Hollywood, i to całkiem niedawno. I co, idzie się tymi ulicami i faktycznie czuć, że to Miasto Aniołów?

Różnych aniołów. Zarówno aniołów, które upadły, jak i tych, które istnieją w świadomości artystycznej – aniołów aktorskich, aniołów sztuki. Na pewno czuć, że jest to świat filmowy. Każdy zaułek, każda ulica, knajpa – to wygląda dokładnie tak, jak w produkcjach amerykańskich. Wczoraj znowu obejrzałem Wściekłego byka z Robertem De Niro i naprawdę są tam te wszystkie ikony architektury. Tak właśnie jest w Los Angeles. To samo Aleja Gwiazd, która przyciąga turystów z całego świata.

Czy tam jest taka hierarchizacja, że albo są ludzie z wyższych sfer, albo z tych najniższych?

Aż tak nie wiem, nie umiem tego ocenić, natomiast pewne jest, że każdego traktuje się jak człowieka.

Spotkał pan ludzi, których my odbieramy jako nierealnych. Widzimy ich w telewizji i idealizujemy. Ja osobiście nie wyobrażam sobie, żebym mogła spotkać Leonarda DiCaprio albo Brada Pitta, oni są dla mnie wyimaginowani, jak postacie z kreskówki.

Nie, to normalni ludzie, którzy są równocześnie bohaterami z ekranu.

Ale czuć coś takiego, że jak się z nimi spotyka, to istnieje przepaść? Że to jest jednak ktoś…

Może ta przepaść polega na tym, że po prostu to są najlepsi aktorzy, z najwyższej półki. Nam się często wydaje, że to ludzie nie z tej ziemi. Nie miałem takiego poczucia, oni też nie dali mi tego odczuć. Po prostu razem pracowaliśmy. Oczywiście mieli swoją przestrzeń, campery, i nie było tak, że siedzieliśmy razem w namiocie, czekając na scenę. Ale kiedy byliśmy już razem na planie, to mogliśmy sobie pogadać.

Miał pan dość niecodzienną sytuację, będąc otoczonym przez same sławy. Może porównywał się pan do innych albo zastanawiał się, co pomyślą o pańskiej grze. Czy nie wybijało to z roli?

Miałem zaufanie do reżysera i robiłem to, czego on ode mnie oczekiwał. Nie patrzyłem na to, jak mnie ktoś inny ocenia. Chciałem zagrać jak najlepiej. Jestem aktorem, który lubi „wtoczyć się” w postać tak, żebym to w sumie nie był ja. Oddzielam bohatera od siebie i jednocześnie używam siebie jako instrumentu do nałożenia innego charakteru, sposobu bycia. W Pewnego razu… moim głównym zadaniem było stworzenie postaci Romana Polańskiego. On pojawia się tam przecież na chwilę, nie jest jednym z głównych bohaterów akcji filmu. A jednak o nim się mówi.

A samo stworzenie postaci Polańskiego? Tak jak pan mówi, jego osoba pojawia się tylko w kilku scenach. Miał pan tylko moment żeby pokazać, że to bohater wart uwagi. Więc jak pan do tego podszedł?

Tak, jak mnie uczyli w szkole, czyli wyobraziłem sobie postać i jej charakter. W przypadku tej roli miałem o tyle łatwiej, że mogłem obejrzeć wywiady z Romanem Polańskim z tamtego okresu i podpatrzeć jego sposób bycia, mówienia, zachowywania się, poruszania.

Pamięta pan pierwszy dzień w Hollywood? Jedzie pan na pierwsze spotkanie ze wszystkimi ludźmi, z realizatorami. Pamięta pan swoją pierwszą myśl? Co to w ogóle będzie?

Nie myślałem: „co to będzie”, bo gdyby tak było, w ogóle bym tam nie poleciał. Podszedłem do tego raczej na zasadzie, że okej, jestem tam, mam zadanie do zrobienia i chcę to zrobić jak najlepiej, a kogo spotkam, to spotkam. Ten świat Hollywood jest niesamowity, bo tam trafiasz na wszystkich. Możesz spotkać każdego dnia zupełnie innych ludzi, którzy mogą za chwilę chcieć z tobą pracować. Tam nie ma ściemy. W Hollywood bardzo szybko wyczują czy udajesz, czy nie, czy nadajesz się, czy nie. Oczywiście, nie powiedzą ci, że cię nie chcą, po prostu wezmą innych. Jednak nagle może okazać się, że po dwudziestu, trzydziestu latach się do czegoś nadajesz. Tak rozpoczynały się kariery wielu znanych aktorów, np. Robert De Niro przez wiele lat łapał się różnych robót, a dopiero później wypłynął jako genialny aktor.

I pan też planuje taką karierę w Hollywood?

No. (śmiech)

Tak?

Nie jest tak, że planuję. Po prostu chcę tam być, a co przyniesie życie, zobaczymy. Ja generalnie lubię być tu i teraz, po co tak planować? Na razie mam mnóstwo pomysłów do realizacji. Teraz bardzo chcę zwrócić uwagę na ochronę Ziemi, planety. Dużo ludzi o tym mówi, ale ja chcę to robić realnie. Dzisiaj wpadłem na pomysł, żeby odezwać się do mniejszych szkół pod Warszawą i zaproponować, żeby np. na godzinie wychowawczej albo w jakiś weekend po prostu sprzątać Ziemię z dzieciakami.

Abstrahując od aktorstwa?

Jako aktor też. To również jest moje zadanie. Tak jak powiedział na koncercie Dawid Podsiadło – jesteśmy medialnymi osobami i mamy większe przełożenie na rzeczywistość, więc powinniśmy robić takie rzeczy. Nie tylko mówić, ale brać w tym czynny udział i to nie tylko w internecie.

Za to w którymś wywiadzie wspominał pan o tym, że stara się stronić od polityki. Mówił pan, że gdy był pan w Hollywood, często postrzegano tam Polskę przez ten pryzmat, a pan odpowiadał – jestem Polakiem, ale jednocześnie obywatelem świata.

Polityka się zmienia i ja nawet o niej nie rozmawiam, bo mam w życiu dużo innych ciekawszych spraw.

Wracając do głównego wątku naszej rozmowy, czyli pańskiej współpracy z Tarantino – mówił pan o pisaniu pamiętnika podczas kręcenia filmu. Czy zapisywał pan emocje i doświadczenia, czy bardziej rzeczy, które mogą się panu przydać w przyszłości, jako aktorowi?

I to, i to. W pamiętniku zapisałem dużo pomysłów, które do mnie przylatywały, gdy chodziłem po ulicach Hollywood. Lubię tam wracać, lubię to powietrze, bo w LA zupełnie inaczej się oddycha…

Inny świat?

W Polsce na kogoś, kto mówi o planach, marzeniach, kto ma szerokie horyzonty, patrzy się z dystansem. W Hollywood czegoś takiego nie ma. Tam nie ma czasu na to, żeby się nie wychylać, raczej trzeba to robić, bo świat pędzi zupełnie inaczej. To kompletnie inny rytm. Wszędzie spotykasz ludzi, którzy cię zaczepiają, rozmawiają, i to jest fajne, mimo że czasami wydaje się sztuczne. Ktoś cię pyta, jak się masz albo co słychać, mimo że cię nie zna. To pozwala poczuć, że jesteś jednym z nich. Bo Hollywood jest stworzone z przyjezdnych. Oczywiście jest tam dużo ściemniaczy, ludzi, którzy coś proponują, albo obiecują i oczywiście nic z tego nie wynika. Trzeba mieć intuicję do takich osób. Natomiast ludzie, z którymi ja się spotykałem i z którymi nawiązałem jakiś kontakt, istnieją w branży i działają.

A to wszystko w jakiś sposób zmieniło pana jako człowieka?

Mniej się boję mówić o tym, co uważam i co chcę robić.

Pewność siebie więc jednak wzrosła?

Nie tyle pewność siebie, ile pewność w wyrażaniu swoich marzeń.

Teraz wierzy pan, że marzenia faktycznie mogą się spełniać?

Zawsze w to wierzyłem. Od momentu, kiedy zdawałem do szkoły teatralnej. Wiedziałem, co chcę robić, nawet jeśli miałem zamiatać chodnik przed teatrem, to zawsze mówiłem, że to będzie przed teatrem i się śmiałem. Zdałem do szkoły teatralnej za trzecim razem. Dzięki wyjazdowi do Hollywood uświadomiłem sobie też, ile jeszcze nie wiem i co muszę rozwinąć, dokształcić w swoim warsztacie aktorskim. To bardzo pokrywa się z tym, czego uczyli mnie moi profesorowie − Maja Komorowska, Zbigniew Zapasiewicz, Wojciech Pszoniak czy Bożena Suchocka. Tadeusz Łomnicki mówił, że w życiu aktora istnieją trzy etapy – najpierw, jak ci mówią inni, że jesteś dobry, później, jak sam widzisz, że jesteś dobry, a na końcu, jak uwierzysz w to, że jesteś dobry. To jest najgorszy etap, najtrudniejszy – jak uwierzysz w to, że jesteś dobry.

Pan uwierzył?

Nie umiem siebie tak oceniać, tylko ciągle chcę iść do góry, mierzyć się z rolami, różnymi charakterami. Bardzo lubię znajdować w postaciach cechy, które są zupełnie inne niż moje. Może teraz dobra by była dla mnie rola jakiegoś superbohatera albo mordercy czy psychopaty?

Nie wyobrażam sobie pana w roli psychopaty.

No i dobrze, bo tym większa praca jest do wykonania. Dlaczego nie wyobraża sobie mnie pani w roli psychopaty?

Nie chcę klasyfikować, bo pewnie największym wyzwaniem dla aktora jest wychodzenie ze swojej strefy komfortu, ale bardzo sympatycznie pan wygląda.

Jest charakteryzacja. Zrobią mi na przykład bliznę.

Ale oczy jednak pozostają te same.

Są szkła kontaktowe.

To prawda. No np. Heath Ledger jako Joker.

No właśnie.

Tak na koniec, abstrahując od tego, że gra pan w Pewnego razu w Hollywood podobał się panu film?

Tak. Lubię ten film.

A najlepszy element?

Kiedy na koniec otwiera się brama i Rick wchodzi do domu Sharon Tate i Romana Polańskiego. Tak, to było najlepsze.

fot. Marek Zimakiewicz

www,goodfreephotos.com

No votes yet.
Please wait...