Czynne malkontenctwo

W zmęczonych dłoniach trzyma telefon z otwartym formularzem oceny wykładowców. Zajęcia nudne, przygoda intelektualna zerowa, ogólnie nie warto, nie polecam. Zadowolony, że właśnie daje upust swoim emocjom, naciska przycisk opublikuj. Dysonans posemestralny niemal został zażegnany, jednak na ekranie smartfona wyświetla się komunikat CENZURA. Potem w drzwiach pojawiają się funkcjonariusze z pałkami i siłą prowadzą studenta do policyjnej wozu.

Trudno jest nawet wyobrazić sobie sytuację, w której nie możemy wyrazić negatywnej opinii na jakikolwiek temat albo gdy władza zamyka nam usta i zabrania korzystania ze swobody do przedstawiania poglądów. W dzisiejszej Polsce taki stan rzeczy na szczęście może być jedynie wytworem fantazji. Wolność słowa, mediów i prasy jest przewidziana w ustawie zasadniczej z 1997 r. Czy było tak zawsze i czy studenci mogli bez problemów realizować swoje wolności? Oczywiście, że… nie. Za czasów Polskiej Republiki Ludowej władza znacznie ograniczała wolność i swobodę obywateli, w tym także studentów. Wszechobecna cenzura czy obowiązkowe uczęszczanie na przedmioty o charakterze propagandowym to tylko wierzchołek góry lodowej, z którą każdego dnia zmierzały się poprzednie pokolenia polskich studentów.

Warszawa ’68

W marcu 1968 r. przelała się czara goryczy. Punktem zapalnym stała się sprawa zdjęcia Dziadów w reżyserii Kazimierza Deymka z afisza. Sztuka została uznana przez komunistyczne władze za antyrosyjską, antyradziecką i religiancką. Postanowiono więc, że ostatni spektakl odbędzie się 30 stycznia. Nic dziwnego, że zgromadził on tłumy – był bowiem idealną okazją do czynnego wystąpienia przeciwko aparatowi władzy. W trakcie przedstawienia z widowni padały spontaniczne hasła: Niepodległość bez cenzury!; Chcemy „Dziadów”!; Dejmek!, Dejmek!. Po zakończeniu spektaklu publiczność zgromadziła się przy pomniku Adama Mickiewicza, w dalszym ciągu skandując wolnościowe postulaty. Niewiele czasu minęło, zanim pojawiła się milicja obywatelska. Wśród rozpędzonych przez nią manifestantów byli między innymi dwaj studenci Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego − Adam Michnik i Henryk Szlajfer − którzy o zajściu postanowili powiadomić zachodnie media. O przebiegu demonstracji poinformowali korespondenta francuskiego dziennika „Le Monde”, niedługo potem wiadomości z polskiego podwórka zostały rozpowszechnione także przez Radio Wolna Europa.

Kiedyś to były czasy…

Grupa studentów rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją przeciwko zakazowi wystawiania Dziadów w Teatrze Narodowym. W samej Warszawie udało się zgromadzić ponad trzy tysiące sygnatur. To jednak nie był koniec – wkrótce Michnik i Szlajfer zostali skreśleni z listy studentów UW, co tylko podgrzało emocje w środowisku akademickim i miało bezpośredni wpływ na przebieg zdarzeń z 8 marca 1968 r. Kilka tysięcy aktywnych społecznie młodych ludzi zebrało się na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, aby razem uczestniczyć w pokojowym wiecu. Pokojowym prawie do samego końca, kiedy na plac przed Pałacem Kazimierzowskim wjechały autokary pełne uzbrojonych milicjantów i oddziałów ORMO. Studenci zaczęli uciekać w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Reakcja władzy jak zwykle okazała się nad wyraz brutalna, przez co studencki ruch oporu rozprzestrzenił się na inne uczelnie w kraju. Strajkowała cała polska społeczność akademicka od Katowic przez Łódź aż po Gdańsk.

Teraz to nie ma czasów?

Wszystko po to, żeby wyrazić sprzeciw. Pokazać, że studenci też mogą zmienić rzeczywistość. Można by napisać, że w dzisiejszych czasach studenci co najwyżej stworzą mema ironicznie komentującego rzeczywistość albo wyśmiewającego obecną władzę, siedząc bezpiecznie w zaciszu własnego pokoju. Gdyby tak faktycznie było, zestawienie aktywnego społeczeństwa polskiego za czasów PRL-u z wycofanymi i skupionymi na własnych celach przedstawicielami pokoleń kolejnych liter alfabetu miałoby sens. Jednak po krótkim researchu łatwo zorientować się, że nazywanie współczesnych studentów biernymi jest krzywdzące i niezgodne z prawdą. Przykładem na to może być sytuacja z czerwca 2018 r., kiedy grupa młodzieży z UW zajęła siedzibę rektora w związku z reformą ustawy o szkolnictwie wyższym. Zaproponowana przez Jarosława Gowina tzw. konstytucja dla nauki uderzała w autonomię uniwersytetów oraz zakres władzy organów uczelni. Studenci z wypisanymi na plakatach postulatami okupowali balkon Pałacu Kazimierzowskiego przez kilka dni. Dzięki protestom udało się wpłynąć na ok. 90 poprawek do ustawy. Spoglądając na środowiska uczniów i studentów w szerszej perspektywie, warto wspomnieć o Globalnym Strajku dla Klimatu rozpoczętym w Melbourne. Do walki na rzecz środowiska naturalnego dołączyło 150 krajów, w tym Polska. Przedsięwzięcie zapoczątkowała 16-letnia Szwedka, w ostatnim czasie nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla – Greta Thunberg. Na ulicach Warszawy 20 września pojawił się potok ludzi chcących, aby cały kraj usłyszał ich głosy i zaczął poważnie traktować zmiany klimatyczne.

Póki istnieje wiara w ludzi, póty na opinii publicznej czy władzy większe wrażenie od liczby retweetów czy lajków robią place pełne demonstrantów zdzierających sobie gardła, wykrzykując protestacyjne hasła. A może jest na odwrót i dopóki istnieją demonstracje, istnieje też wiara w ludzi.

No votes yet.
Please wait...