Rymarz, co go diabli nie wzięli

O tym, na czym polega zawód rymarza i jak wyglądało w czasach PRL-u zakładanie własnej firmy, której udało się przetrwać do dziś, rozmawiamy z Tadeuszem Kowalskim, właścicielem zakładu rymarsko-kaletniczego przy Wołoskiej 74.

Tadeusz Kowalski: Ja będę robił swoje, a jednocześnie będziemy rozmawiać. Nie będzie to pani przeszkadzać?

MAGIEL: Nie, skądże. Podobno mówiono kiedyś, że rymarz to zawód przyszłości?
No tak! Mówili nam, że rymarz to jest ktoś. W samej Warszawie pracowało wtedy w tym zawodzie tysiąc osób. Obecnie zostało już tylko kilka zakładów, ale kiedyś to były trochę inne czasy. Wie pani, dużo zamówień składało wtedy wojsko, chętniej korzystano z koni, a w przemyśle też częściej używano skór. Popularne było jeździectwo. Na samym Nowym Świecie pracowało w tym rzemiośle około 70 osób, dużo tego było, a teraz…

Słyszałam, że na Hożej wciąż istnieje taki punkt.
Ale to chyba bardziej punkt serwisowy. Ja jestem rymarzem. Chociaż właściwie jaki ze mnie rymarz, skoro, jak pani widzi, torby naprawiam?

To na czym dokładnie polega ten zawód?
Tam leży prawdziwa rymarska robota [pan Tadeusz wskazuje specyficzne kanciaste skórzane kufry. Jak pani widzi, to są futerały do przechowywania konkretnej aparatury. Wykonane są z twardej skóry, z takiej, z jakiej powstają siodła czy uprzęże. Kiedyś takich robót rymarskich było bardzo dużo, co chwilę trzeba było robić coś ze skóry. Chociaż kaletnictwo jest bliskie rymarstwu, to już mimo wszystko trochę inny fach. Działa się na miększej skórze, robi przeszycia toreb, pasków czy teczek. To praca o charakterze bardziej usługowym.

Czyli kwintesencją rymarstwa jest jeździectwo?
Widzi pani, siodlarstwo to jedna z wielu specjalizacji rymarskich. Kiedy ten przemysł miał swoje najlepsze lata, nawet w tej dość wąskiej dziedzinie były jeszcze podgrupy – na przykład siodłami sportowymi zajmował się siodlarz, ale siodła wojskowe, tak zwane kulbaki, robił już ktoś inny.

Widzę, że nawet ma tu pan jedno siodło.
Tamto siodło? To tak zwana gapa do nauki jazdy na kucyku. Klientka kupiła je u mnie 30 lat temu. Zepsuło się już trochę ze starości. Teraz produkuje się siodła inaczej, jest ich na rynku mnóstwo, ale ta pani poprosiła mnie, żebym odnowił jej właśnie to. Mówiła, że nigdzie nie ma już rzeczy takiej jakości. Bo to wszystko teraz z Chin idzie.

Jak zaczęła się pana kariera w zawodzie rymarza?
Przez przypadek. Blisko domu miałem dwuletnią zawodówkę, w której kształcili właśnie w tym kierunku. Nie było wtedy wielkiego wyboru. Dostać się do takiej szkoły, chociażby się bardzo chciało, nie było tak prosto. Dlatego kiedy mi się udało, nie zastanawiałem się dwa razy. Nie istniało wtedy tyle szkół zawodowych co teraz, to były trudne czasy, po 1952 r., tuż po wojnie. Dla pani to pewnie brzmi jak średniowiecze.

Dla mnie to czasy, o których uczy się na historii.
Wtedy trzeba było szybko zdobyć pracę. Świeżo po szkole, mając szesnaście lat, zostałem przyjęty do dużego zakładu rymarskiego na Nowym Świecie. Wychodziło się stamtąd już jako fachowiec.

Czyli od razu po szkole zaczął pan pracować w zawodzie?
Tak. Choć zdarzyło się też kilka przerw. Po skończeniu zawodówki miałem jeszcze potrzebę uczenia się, więc zapisałem się do technikum ekonomicznego. Dzięki tej wiedzy po kilku latach awansowałem na posadę kierownika. Musiałem być jeszcze bardziej odpowiedzialny, w moich rękach leżały kwestie finansowe. Później co prawda stwierdziłem, że po diabła mi to wszystko było, przedtem miałem przecież spokojną pracę. Nie wyglądało to wtedy tak jak teraz, że kierownik zarabia trzy razy tyle co szeregowy pracownik. Pracownik na akord dostawał tyle, ile wyrobił, a kierownik miał stałą pensję. Więc paradoksalnie, będąc kierownikiem, zarabiałem mniej niż w warsztacie. Wymyślne czasy. Kiedyś takich dziwnych rzeczy było dużo.

To pewnie zmotywowało pana do założenia własnego warsztatu?
Tak, tęskniłem za spokojem. Jednak nie wypadało mi zrezygnować z pozycji kierownika i zatrudnić się w warsztacie. Los dał mi wtedy wyjazd do Szwecji. Pomyślałem sobie później, że jak mam usiąść na tym koniku rymarskim, to niech to będzie mój konik.

Wyjazd za granicę w tym czasie to musiała być nie lada przygoda.
Tak, byłem tam pół roku. Kiedy jeszcze pracowałem na stanowisku kierownika, przyjechał do naszego zakładu pewien Szwed, dla którego robiliśmy siodła i zapytał, czy nie mamy pracownika, który mógłby im pomóc na miejscu. Odpowiedziałem, że owszem, mamy i że właśnie przed nim stoi. Szwed się zdziwił, powiedział, że potrzebuje fachowca, a nie kogoś, kto siedzi za biurkiem. Wkrótce przekonał się, że nie było czego się obawiać.

I wziął pana?
Tak. W Szwecji odczułem ogromną różnicę jakości życia. U nas telefon był tylko na poczcie, tam czymś normalnym była budka telefoniczna, stojąca na ulicy. Wystarczyło wrzucić koronę i już można było dzwonić. Któregoś razu chciałem zobaczyć Sztokholm – w kiosku ruchu raz dwa wyrobili mi kartę miejską, potrzebne było jedynie zdjęcie. Nie pytali się, kim jestem, kogo odwiedzam, co tam robię. Ich to nie obchodziło. Płacisz, to masz. Jak budowano tam mieszkanie, to nie oddawano go do użytku bez podłączonych wszystkich mediów. U nas czekało się na telefon 20 lat. To była przepaść. Kiedy stamtąd wróciłem, powiedziałem: koniec, szukam swego. I to mnie jakoś tak zmotywowało.

Założył pan własny zakład?
Tak, byłem już zdecydowany. Jakoś udało mi się znaleźć lokal, co w tamtych czasach nie było takie proste, ale poszczęściło mi się. Miałem klientów od samego początku. No i wszystkie zakłady, w których kiedyś pracowałem, diabli wzięli. Dawno upadły, a moja firma działa…

W tamtych czasach prowadzenie prywatnej działalności nie było chyba zbyt mile widziane.
Takich ludzi nazywało się wtedy prywaciarzami. Faktycznie, państwo nie patrzyło na nich zbyt przychylnie. Nie mieli wielu praw ani żadnych ulg, na przykład nie mogli sobie kupić biletu miesięcznego. Karty miejskie obowiązywały tylko pracowników zakładów pracy i uczniów szkół. Były rarytasem. Nie było mowy o tym, żeby ktoś kupił taki bilet prywatnie.

Jakie są zalety bycia na swoim? Nie żałuje pan takiej decyzji?
Wszystko zależy od punktu widzenia. Duży zakład ma inne możliwości. Nie wszystkie prace muszą być w nim wykonywane ręcznie. Ja, nawet gdybym kupił duże maszyny, to nie wykorzystywałbym ich w pełni. Jest na rynku jednak pewna nisza, w którą trafia mały zakład. Potrzebne jest miejsce, gdzie można chociażby naprawić coś od ręki. Jak pani widzi, duży zakład takich zleceń nie przyjmie. Tu jest miejsce na działalność usługową, jest bliższy kontakt z klientem. Kiedy pracowałem jako typowy rymarz, to torebek nie potrafiłem naprawiać, teraz trzeba robić to, co jest.

Jest to pewnie bardziej różnorodna praca…
Zlecenia potrafią nieraz zaskoczyć. Ja zresztą nigdy nie mogłem wykonywać tylko jednej czynności. Pracowałem w ten sposób jedynie pół roku, więcej nie dałem rady. To wykańcza. U mnie w warsztacie robi się wszystko. Będą kręcić film o Pileckim i dlatego wczoraj robiłem takie specjalne esesmańskie pejcze dla psów, w stylu z epoki. Mam tu też wzór do wykonania kabury na pistolet.

Czyli zajmuje się pan też rekonstrukcją?
Tak, pomagam przy bardzo wielu rekonstrukcjach do filmów. Tworzę szkielety, makiety. Działam we współpracy z innymi fachowcami. To są najciekawsze zlecenia. Zostałem na przykład poproszony o wykonanie szablonów do czapek napoleońskich z 1812 r. Teraz będę robić ładownicę, najpierw jako szablon z tektury, a dopiero potem ze skóry. Szkoda, że zabrali katalog, tobym pani pokazał. O! Spod mojej ręki wyszły też na przykład torby, w których żołnierze nosili meldunki, takie z wyszywanym orłem.

Takie hafty też pan robił?
Nie, teraz takie rzeczy robi się komputerowo. To są bardzo specyficzne wzory. Kiedyś trzeba było poświęcić bardzo dużo czasu i wysiłku na zrobienie ich ręcznie, teraz wystarczy nastawić komputer. W ciągu ostatnich kilkunastu lat powstały naprawdę niesamowite wynalazki. Na przykład, kiedy robiłem kabury do filmu, dostarczono mi pistolety jak z epoki, które zostały wydrukowane w drukarkach 3D.

Wyglądało to realistycznie?
Bardzo, wszystkie detale były idealnie zachowane. Taką rzecz to jeszcze jakoś wiadomo, można sobie wyobrazić, ale słyszałem, że ktoś w ten sposób wydrukował ludzkie serce. To ci dopiero!

Niecodzienne smaczki, takie rekonstrukcje. Musi się to idealnie łączyć z pana pasją do historii.
Tak, historia interesowała mnie właściwie od zawsze. Jak czytałem książkę, to za każdym razem musiałem na mapie poszukać miejsca, w którym toczyła się akcja. Po prostu musiałem to sobie wyobrazić. Jeśli gdzieś było napisane, że zabrzmiało ileś armat, to myślałem sobie: zaraz, zaraz, ktoś te armaty musiał zrobić, prawda? Jestem wszystkiego ciekaw, taką mam naturę.

Ma pan zastępcę?
Chciałbym, ale nikogo takiego nie ma na horyzoncie.

A czy istnieją jeszcze szkoły czy kursy dla osób, które chciałyby podjąć się pracy w tym rzemiośle?
Prawdziwego zawodu uczy się w praktyce. Powiem pani, że przychodził tu do mnie kiedyś taki chłopak, był moim uczniem. Trafił do mnie, bo wcześniej robił torby w firmie, która zbankrutowała. W którymś momencie stwierdziłem, że jestem w stanie mu ten zakład przekazać. Chłopakowi zabrakło jednak wyobraźni, w poprzedniej placówce pracował wręcz mechanicznie, wykonywał wciąż tę samą czynność. A tu jest potrzebny duży wachlarz umiejętności i przede wszystkim chęć nauki. Czasem jest tak, że ktoś przynosi rysunek i trzeba na jego podstawie coś stworzyć, a czasem tylko naprawić pasek od torebki. Jemu to najwidoczniej nie pasowało. Przestał przychodzić.

Ucznia przerosła ilość pracy.
Tak, chociaż tego nie jest tak dużo. Po prostu czasem robi się rzeczy bardzo niespotykane, ma się rozmaitych klientów. Trzeba chcieć się tego podjąć. Ja właściwie cały czas uczę się tu czegoś nowego. Naprawiając jakiś przedmiot, nieraz odkrywam, jak pięknie jest on zrobiony.

Zostawić taki zakład z historią to byłaby wielka szkoda.
Wie pani, co roku mówię, że to już ostatni rok. Ale jakoś tak, jestem tu nadal. Nie chcę patrzeć bezczynnie w telewizor. Lubię to, co robię, lubię być czymś zajęty. Nie mam zastępcy. Nie narzekam też na brak pracy.

Popyt jest.
Powiedziałbym, że czasem nawet za duży.

 

Wywiad i zdjęcia: Julia Januszyk

Rating: 5.0. From 3 votes.
Please wait...