Jazzowe bachanalia

 

            Czym jest jazz? Czy da się jakoś zdefiniować ten szczery, muzyczny chaos? Wielu znawców i krytyków uważa, że nie jest to możliwe. Jednak Leopold Tyrmand w książce U brzegów jazzu przynajmniej próbuje zawrzeć esencję tego niezwykłego gatunku muzycznego rozkwitającego wśród oparów cygar na początku XX w. w Nowym Orleanie.

żródło: materiały prasowe

Tyrmand zaczyna od korzeni. Od murzyńskich pieśni nadających rytm niewolniczej pracy – tzw. work songs, granych często na tym, co akurat było pod ręką. Jass – bo tak bardzo długo nazywano te uliczne ballady– narodził się już na statkach płynących z Afryki. Dawał nadzieję tym, którzy często spontanicznie żalili się na swój los, płynącym prosto z serca zapijaczonym głosem, śpiewając lub grając nostalgiczne blue notes. Próbowali przetrwać w ten sposób kaprysy fatum, zmieniając nienawiść do brutalnych właścicieli w drwinę. Blue (z ang. niebieski), kolor żałobny w świecie czarnej biedoty, wraz z jazzem towarzyszył ludziom nawet na pogrzebach. Na początku obrzędu grano smutne, religijne kawałki, a kończono skocznymi, par excellence rozrywkowymi utworami – tak, że sami uczestnicy pogrzebu nie wiedzieli, czy mają opłakiwać zmarłego, czy tańczyć do zwariowanych melodii. W ten sposób muzycy chcieli ofiarować zmarłym na pożegnanie ostatnie tchnienie życia, zupełnie inaczej niż ma to miejsce niż w kulturze europejskiej.

Leopold Tyrmand wyraźnie zachwyca się tym jedynym, mającym folkowo-plebejskie korzenie gatunkiem, który zdołał przeniknąć do kultury całego świata. Zabiera czytelnika w sentymentalną podróż, pełną anegdotek, ocen i wyjaśnień niekiedy kontrowersyjnych faktów dotyczących istoty oraz historii jazzu. Systematyzuje wiedzę, zaznaczając przy tym subiektywność niektórych ze swoich spostrzeżeń. U brzegów jazzu to niesamowita książka, która pozwala poczuć, czym właściwie jest jazz oraz poznać kulisy jego powstawania. Autor porównuje gatunek pochodzący z półksiężycowego miasta z muzyką europejską. Zauważa, że podobne mechanizmy wpłynęły zarówno na rozwój jazzu, jak i na popularyzację austriackiego walca, mającego ludową genezę i przez długi czas zakazanego na dworze Hohenzollernów.

Początkowo jazz był pogardzanym gatunkiem. Grany w szynkach, opiewał legendarne kurtyzany, na przykład słynną Lou Lou – właścicielkę najpopularniejszego domu publicznego w nowoorleańskiej dzielnicy Czerwonych Świateł – czy też inne „znakomitości” ówczesnego społeczeństwa. Wielu muzyków nie potrafiło czytać nut, a swoją karierę muzyczną rozpoczynało od gry na częściach rur z wyżłobionymi dziurkami. Chodzili za pochodami jazzbandów i nieraz robili im swoimi popisami konkurencję.

Trębacz William Bunk Johnson powiedział kiedyś: Playin’ jazz is talkin front the heart. You don’t lie. Leopold Tyrmand nie odpowiada na pytanie, czym jest jazz. Tworzy natomiast opowieść o mowie serca, lekturę niemalże obowiązkową dla ludzi, którzy chociaż trochę interesują się tą międzynarodową muzyką plebejską, łączącą umysły na całym świecie po dziś dzień.

 

U brzegów jazzu

Leopold Tyrmand

Wydawnictwo MG

Copyright 2008, Kraków

4,5/5

 

No votes yet.
Please wait...