Prawdziwy pacyfizm, a zatem prawdziwa przemoc

Jak sprawić, by widz nie marzył o piekle wojny? I czy to w ogóle jest możliwe?

1917 reż. Sam Mendes

Środek dżungli. Na pierwszym planie mężczyzna. Wojskowy. Cały w charakterystycznym oliwkowym mundurze. Blisko piersi trzyma czarny aluminiowy karabin. Puste, pozbawione emocji oczy, jednocześnie pełne wyrazu. W tle powoli wybrzmiewa popularna muzyka z tamtych lat. W pewnym momencie każdy młody chłopak wyobrażał sobie siebie na jego miejscu. Jeszcze nie wiedział, lub nie chciał wiedzieć, że wystrzeliwane przez mężczyznę pociski kalibru 5,56 mm nie pokonują „odwiecznego mitycznego wroga”, tylko mordują jego własnych ojców. Ale nawet kiedy już wiedział,  podziw dla bohatera nie słabł. Dlaczego?

***

Prawie każda dyskusja o ukazaniu wojny przez kinematografię zaczyna się od słynnych słów francuskiego reżysera François Truffaut: Nie ma czegoś takiego jak film antywojenny. Jego idea jest w zasadzie bardzo prosta. Każdy film podejmujący temat konfliktu zbrojnego niechybnie ukaże charakter wojny jako pewien przykład wymagającej przygody (idealnym przykładem jest film 1917, którego fabułę można nazwać realistyczną wersją podróży Sama i Frodo z Władcy Pierścieni), opowiadającej o powstawaniu na tle krajobrazu zniszczenia nieoczekiwanych więzi solidarnościowych (Nie jestem już dygocącym strzępkiem istnienia samotnego w całości – należę do nich, a oni do mnie – E.M. Remarque, Na Zachodzie bez zmian, tł. S. Napierski). Zresztą tę krytykę można bez problemu logicznie rozszerzyć poza sferę kinematografii i postawić jeszcze odważniejszą tezę: Nie ma czegoś takiego jak sztuka antywojenna. Ale czy to prawda?

Automatyczną reakcją większości osób o to zapytanych jest odrzucenie obu hipotez. Niewielu szczerze wierzy w takie „przesadnie odważne” teorie. I po części słusznie. Zarzucenie filmom takim jak Idź i patrz (reż. Elem Klimow) czy Ścieżki chwały (reż. Stanley Kubrick), że zachęcają młodych ludzi do wstąpienia do wojska byłoby co najmniej nieszczerą prowokacją. Z drugiej strony jednak, w świecie wypełnionym emocjonalną szarością szklanych korporacyjnych biur nawet najgorsze nierutynowe przeżycie może zdawać się warte doświadczenia. Niewielu z nas może dowieść swojej moralnej wartości tak, jak bohater Ścieżek chwały podczas zdanej na porażkę sądowej rozprawy. Nieważne, jak wielką tragedią będzie ta przygoda, liczy się to, że przynajmniej nie utoniemy w niepamięci zbiorowej. Powstańców madryckich z obrazu Trzeciego Maja 1808 roku Francisca Goyi można obejrzeć w muzeum, recepcjonisty często nie widać nawet zza biurka. To naszej wyobraźni wystarcza. Ale pomimo tego naturalnego „zachłyśnięcia się” przemocą na masową skalę, sztuka antywojenna może istnieć.

***

W 1940 r. francuska filozofka Simone Weil uznana swego czasu przez Alberta Camus za jedyny wielki duch naszych czasów, dziś nieco zapomniana w kulturze popularnej) wydała w magazynie „Cahiers” esej Iliada, czyli poematy siły. Za głównego bohatera dzieła Homera uznała w nim ideę „Siły” (Force), nie samego Achillesa (a w końcu miał to być poemat o jego gniewie). Tym samym zwróciła uwagę na bardzo ważną rzecz, która jest w stanie wyjaśnić, jak wśród przedstawień starć zbrojnych może wykiełkować perspektywa pacyfistyczna. Według Weil siłą się nie włada. To siła włada osobą, zamienia ją w przedmiot. Każdy żołnierz był, jest i będzie na polu bitwy (niestety) co najwyżej wynikiem funkcji jego karabinu. Nieważne czy znajduje się po drugiej stronie ekranu czy po drugiej stronie świata. Zrozumienie tej relacji leży u podłoża każdego filmu prawdziwie antywojennego. Wielu reżyserów wykonuje „tę sztuczkę” całkiem nieświadomie, dzięki czemu może zaistnieć wymieszanie „prawdziwej wojny” z prowojennie wyidealizowanym obrazem. Zderzenie tych dwóch dialektycznie przeciwnych realiów następuje w Szeregowcu Ryanie. W tym samym akcie, w którym amerykański snajper (grany przez Barry’ego Peppera) udowadnia swój talent w zabijaniu (parodii tej sceny można szukać  w Bękartach wojny), kapral Upham (grany przez Jeremy’ego Daviesa) nie jest w stanie powstrzymać śmierci swojego przyjaciela (czy nawet go „pomścić”). Ot, taka mieszanka cierpienia i ambicji. Wystarczająco ambiwalentna, by nie wnieść nowatorskiej treści, a jednocześnie zostać doceniona przez krytyków. Może po prostu nie istnieje coś takiego jak powszechnie akceptowalny film antywojenny? Może pacyfizm sztuki nie jest w stanie wygrać z motywowaną eskapizmem propagandą militaryzmu.

***

Pozwól mężczyźnie w oliwkowym mundurze strzelać. Przynajmniej to ciekawe. Tylko nie zastanawiaj się nad tym, dlaczego.

Autor: Krzysztof Zegar

No votes yet.
Please wait...