Zbyszek

Jedna z najbarwniejszych postaci polskiej sceny jazzowej. Autor utworów przeplatający humor z niekonwencjonalnymi pomysłami. Kompozytor czerpiący zarówno z twórczości amerykańskich mistrzów, jak i niebanalnych struktur rodzimego folkloru.

9 września 1939 roku. Gdzieś pod Warszawą, wewnątrz śpieszącego się pociągu i pod ostrzałem niemieckich bomb, na świat przychodzi mały Zbyszek Namysłowski. Dzieciństwo spędza najpierw w Wilnie, potem już w Krakowie, gdzie pozostaje pod opieką słynnej babci Żeromskiej, o której w przyszłości środowisko jazzowe wiedzieć będzie nie mniej, niż o samym Zbyszku. Osierocony chłopiec oprócz miłości otrzymuje od babci solidną dawkę motywacji i garść życiowych porad – w przyszłości także w zakresie kierunku swojej muzycznej kariery. Za jej namową rozpoczyna naukę w klasie fortepianu krakowskiej Państwowej Szkoły Muzycznej. W 1954 r. babcia i wnuczek powracają do stolicy, gdzie uzdolniony młody muzyk kontynuuje naukę – tym razem w klasie wiolonczeli.

Cudowne dziecko

W ciągu roku od przeprowadzki, Zbigniew debiutuje jako pianista na koncercie w studenckim klubie Hybrydy. Podczas pierwszej edycji festiwalu jazzowego w Sopocie wdrapuje się na okienko w pawilonie, aby choć przez chwilę móc zobaczyć i posłuchać młodych polskich jazzmanów. Zafascynowany dzikim graniem Zbyszek kombinuje skądś puzon i zdeterminowany rozpoczyna karierę samouka. Ten puzon to przepustka do jazzu – tradycyjnego rzecz jasna, bo to ta odmiana gatunku przeważa (jeszcze!) w tym czasie na krajowej scenie jazzowej. Chłopak z dęciakiem występuje wtedy w amatorskim zespole Mieczysława Wadeckiego – w przyszłości lidera grupy New Orleans Stompers. Następna jest formacja Hot Club Hybrydy. Tam Zbyszek realizuje się zarówno w sekcji tradycyjnej, jak i =. Nie jest tajemnicą, że to właśnie nowoczesna odmiana jazzu pociąga nastolatka najbardziej.

Drugą edycję sopockiego festiwalu Namysłowski ogląda już ze sceny wraz z zespołem Modern Combo. Występ młodziutkiego puzonisty skwitowany zostanie mianem dobrych pomysłów, słabszej techniki. Pod koniec lat 50. muzyczną ścieżkę ubarwia współpraca z Dudusiem Matuszkiewiczem – najpierw w The Traditional Jazz Makers, potem już z Hot Club Melomanami, u boku muzyków takich jak Andrzej Trzaskowski czy Krzysztof Komeda. Komeda próbuje w tym okresie coś-niecoś wydobyć ze swojego saksofonu altowego. Zbigniew korzysta z okazji i w czasie wspólnej podróży do Wrocławia pożycza od kolegi instrument. Usadawia się w osobnym przedziale i tam przez całą drogę zaprzyjaźnia się z altem. To będzie przyjaźń na lata. W 1960 r. dołącza do zespołu Trzaskowskiego The Wreckers, gdzie przez kilka następnych lat gra już głównie jako saksofonista. Z Wreckersami występuje na swoim pierwszym Jazz Jamboree. O tym zachwycającym, wszechstronnym muzyku mówi się wtedy cudowne dziecko. Babcia, obecna na każdym koncercie w kraju, z pewnością pęka z dumy.

Piękna Lola, Kwiat Północy

Na początku dekady Zbyszek formuje swoją własną grupę – Jazz Rockers, związaną ewidentnie z nowoczesną odmianą jazzu – z którą w 1961 r. gości na następnej edycji warszawskiego festiwalu Jazz Jamboree. Występ zespołu zostaje zarejestrowany i wydany jako siedmiocalowy krążek – Jazz Jamboree 1961 nr 3. Z Rockersami nagrywa też zachwycającą EP Holiday Moods – płyta fascynuje pod każdym względem. Począwszy od znakomitego projektu okładki autorstwa Rosława Szayby (w wersji eksportowej), skończywszy zaś na prawdziwie innowacyjnych kompozycjach. W międzyczasie pojawia się na głównie kameralnych występach grupy o nieco paradoksalnej nazwie – Modern Dixielanders.

W 1962 r. ma szansę wyjechać z Wreckersami do Stanów Zjednoczonych. Zespół Trzaskowskiego ma tam reprezentować skromny jeszcze dorobek polskiego jazzu. Muzycy występują na festiwalach w Newport i Waszyngtonie, aby później koncertować w kilku amerykańskich klubach. W 1963 r. Zbigniew pojawia się jako lider kwartetu na kolejnym Jazz Jamboree. Tam po raz pierwszy prezentuje onieśmielonej publiczności prototyp Pięknej Loli, Kwiatu Północy. Piękna Lola to bohaterka filmu Ewa chce spać (reż. Tadeusz Chmielewski), prostytutka, której przezwisku tytuł zawdzięczać będzie jedna z najbardziej zachwycających kompozycji w twórczości Zbigniewa Namysłowskiego. Oprócz Loli, uczestnicy festiwalu mają też okazję posłuchać Piątawki – utworu silnie inspirowanego polską ludowością, granego w metrum 5/4. Muzyk na przestrzeni kariery niejednokrotnie eksperymentować będzie z nieregularnym metrum. Z kolei, jak później stwierdzi, inspiracja folklorem (nie tylko tym polskim!) przychodzić będzie zupełnie naturalnie. Te oraz inne utwory pojawią się na nagraniach z występu jako dziesięciocalowe Jazz Jamboree 63 vol 3. Dziennikarze pytają wtedy, czy Zbigniew interesuje się czymś poza jazzem. Nie – odpowiada – Jazz wypełnia całe moje życie. Jest dla mnie wszystkim.

Zbyszek, nie Zbigniew

W 1964 r. kwartet zza żelaznej kurtyny wyrusza w trasę po Wielkiej Brytanii. Skromni chłopcy w pastelowych sweterkach zwracają uwagę kultowej wytwórni płytowej Decca. W sierpniu tego samego roku Modern Jazz Quartet Zbigniewa Namysłowskiego nagrywa pierwszy oficjalnie wydany za granicą longplay – Lolę. Tę wyjątkową płytę poznać mogą nie tylko Brytyjczycy. Pojawia się również jej nowozelandzkie wydanie – różniące się nieznacznie od brytyjskiego odpowiednika kolorem etykiety. Na Loli goszczą znane już z Jazz Jamboree Piękna LolaPiątawka. Oprócz tego, posłuchać można np. intrygujących: Tkotkonitkotko czy Woźnego Najważniejszego. Utwory te są niebanalne i zagadkowe podobnie jak ich tytuły. Geneza nazw pozostaje nieznana. Artysta wróci do Anglii w kolejnym roku. Jak wówczas wspomina, nasza (polska – przyp. aut.) publiczność czeka tylko na potknięcie muzyka.

Jeszcze w 64’ Zbyszek akompaniuje Fryderyce Elkanie na wątpliwego sukcesu EP-ce z etykietą Pronitu. W ciągu nadchodzącego roku Zbigniew i Fryderyka kontynuują współpracę, a jej owocem staje się wydana przez Polskie Nagrania wybitna, choć całkowicie niedoceniona, siedmiocalowa płyta zawierająca m.in. Barmana, będącego polską interpretacją standardu Softly As In A Morning Sunrise. W 1965 r. pojawia się na piątej pozycji z serii Polish JazzAstigmatic sekstetu Krzysztofa Komedy, chyba najbardziej rozpoznawalnym albumie z cyklu. Na okładce widzimy wyraźnie, że na saksofonie altowym przygrywa nam nie kto inny, ale właśnie Zbyszek Namysłowski. W tym roku pojawia się także w Berlinie, gdzie koncertuje z niemieckim pianistą Joachimem Kühnem.

Franka, Dominika, Balbina i Lola

Szósta pozycja ze wspomnianej serii należy już całkowicie do kwartetu  ze Zbigniewem na czele, choć z nieco zmienionym personelem. Wydany w 1966 r. album bez tytułu (po prostu Polish Jazz vol. 6) otwiera Siódmawka – ta z kolei grana w metrum 7/4. Nietrudno domyślić się ludowych wpływów na tym utworze. Później mamy Rozpacz (utwór pojawił się już wcześniej na Loli) o tytule bardzo adekwatnym do zawartości. Przychodzi wreszcie czas na Straszną Frankę. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to najbardziej awangardowy utwór na płycie, choć zaczyna się właściwie całkiem niepozornie. Straszna Franka… czy Franka to jakaś wredna sąsiadka, postrach młodych jazzmanów? Otóż nie. Zapytany ponad 60 lat po wydaniu albumu Zbigniew Namysłowski wyjaśnia, że utwór ten zupełnie nie przypadł do gustu muzykom, a ponadto był tak nieprzyjemny dla ucha, iż pianista, Adam Makowicz, uznał, że jest to prawdziwie straszna franca. Ponieważ określenie «franca» było w tym czasie nieakceptowalne, postanowiliśmy dać kompozycji tytuł Straszna Franka – komentuje Zbigniew. Jest też trochę spokojniejszy Chrząszcz brzmi w trzcinie oraz Moja Dominika (w 1965 r., na koncercie z Joachimem Kühnem zwana również Balbiną). Pojawia się także dynamiczna i głośna Szafa, która pięćdziesiąt lat później dręczyć będzie we śnie warszawskich handlarzy płyt winylowych. Album kończy się figlarną Lolą pijącą miód.

Nieusatysfakcjonowany

W 1970 r. Zbigniew Namysłowski występuje gościnnie na Enigmatic Czesława Niemena, a w 1971 na jego słynnym czerwonym albumie. Dwa lata później, ze swoim kwintetem nagrywa powszechnie znany i lubiany krążek Winobranie. Z kolei w połowie lat 70. pojawia się kolejna długogrająca płyta – chyba najsłynniejszy w karierze muzyka Kujaviak Goes Funky. Tutaj nikt nie ma wątpliwości co do ludowych wpływów w twórczości Namysłowskiego.

Pod koniec dekady saksofonista ma okazję muzykować razem z wybitnym włoskim pianistą, Guidem Manusardim. Po tym czasie, wraz z Michałem Urbaniakiem i Urszulą Dudziak wyjeżdża na jakiś czas do Stanów Zjednoczonych. Początek kolejnego dziesięciolecia zapowiada się całkiem produktywnie. Namysłowski gości wtedy na debiutanckim albumie zespołu Maanam. Saksofonista ma w tym czasie na koncie mnóstwo mniej lub bardziej udanych nagrań. Współpracuje z wieloma artystami zarówno ze sceny polskiej, jak i spoza granic kraju. Koncertuje w wielu miejscach świata.

Podczas nagrań muzyk jako lider zespołu jest bardzo stanowczy i wszystko chce robić według własnego uznania. Na nic zdają się sugestie kolegów. Istnieje nawet legenda, że podczas nagrań którejś z płyt dochodzi do sprzeczki między Namysłowskim a Tomaszem Szukalskim, zakończonej fangą w nos ze strony zirytowanego już “Szakala”. Pomimo szerokiego uznania kilku pokoleń słuchaczy, do dziś krążą pogłoski, jakoby Zbigniew nigdy nie był w pełni usatysfakcjonowany swoją dyskografią. Jak donoszą niektórzy, Zbyszek najchętniej nauczyłby się grać na wszystkich niezbędnych instrumentach i nagrał dotychczas wydane płyty na nowo – po swojemu.

Szafa

Rok 2018, tymczasowa siedziba kultowego klubu jazzowego Akwarium. Starą kwaterę zalała powódź. Na scenie 79-letni wówczas Zbigniew Namysłowski, jego syn Jacek – znakomity puzonista, a także pianista oraz sekcja rytmiczna. Widownia składa się ze słuchaczy w każdym wieku. Ludzi, którzy byli świadkami ewolucji polskiego jazzu na przestrzeni lat. Tych, którzy załapali się już na dojrzalszą jego fazę. A także tych, którzy z jazzem zapoznali się niedawno – osób najmłodszych, które twórczość Namysłowskiego poznali dopiero z płyt. Wszystkich obecnych łączy jedno – oni ten jazz rozumieją naprawdę. Podczas koncertu saksofonista raczy zgromadzonych głównie nowszymi kompozycjami – szczególnie utworami z wydanej dwa lata wcześniej płyty Polish Jazz – Yes!, czyli swoistego powrotu do muzycznych korzeni. Wszystkie przeplatane figlarnym komentarzem. Występ właściwie się kończy. Muzycy schodzą ze sceny. Publiczność jest zachwycona. Po chwili artyści wracają. Z saksofonu zaczynają wydobywać się niezidentyfikowane dźwięki. Robi się zamieszanie, jednak każdy bardzo szybko rozpoznaje w harmidrze ten jeden wyjątkowy utwór. Po koncercie w głowach słuchaczy rozbrzmiewa już tylko jedna kompozycja – Szafa.

Autor: Aleksandra Marszałek
Rating: 5.0. From 2 votes.
Please wait...