Szukając drugiego Obamy

Krótki przewodnik MAGLA po prawyborach amerykańskiej Partii Demokratycznej.

Tekst: Łukasz Kryska

W pewnym waszyngtońskim biurze przez cały miniony rok drzwi prawie się nie zamykały. Kolejni politycy Partii Demokratycznej odwiedzali Baracka Obamę i pytali go o radę na temat startu w wyborach prezydenckich w 2020 r. Na ten ruch zdecydowało się kilkudziesięciu kandydatów, w grze o zwycięstwo liczy się natomiast tylko kilku. Po drugiej stronie takich wątpliwości nie ma, Republikanów reprezentować będzie Donald J. Trump, a zatwierdzenie go przez partię to formalność. Otwartą kwestią pozostaje jednak to, kto będzie za rok zasiadał w Białym Domu pod koniec tego roku.

Wujek Joe

Przez cały miniony rok za faworyta prawyborów w Partii Demokratycznej był uważany Joe Biden. 77-latek

z długą karierą polityczną pierwszy raz został wybrany na senatora ze stanu Deleware w 1973 r. Rozpoznawalność zdobył w 2008 r., kiedy Barack Obama wybrał go na swojego wiceprezydenta. Gdy w 2016 r. końca dobiegała druga kadencja Obamy, Biden nie zdecydował się na udział w prawyborach. Na taką decyzję złożyło się kilka powodów: dotknęła go osobista tragedia, jaką była śmierć syna; uważał Hillary Clinton za dobrą kandydatkę, a także pragnął udać się na zasłużoną emeryturę. Gdyby prezydentem został Jeb Bush lub Scott Walker, Joe Biden pewnie zostałby na emeryturze, wygrana Trumpa natchnęła go jednak do powrotu.

Kandydatura Bidena niesie ze sobą bagaż. Był on tak długo w polityce, że można mu wypominać wiele niechlubnych zdarzeń z przeszłości. Jedną z nich jest przyjaźń ze Stromem Thurmondem, nieżyjącym już politykiem wspierającym segregację rasową. Jednakże jak na razie te grzeszki z przeszłości nie sprawiły większych problemów Bidenowi. Ma on silne poparcie, szczególnie wśród wyborców starszych i Afroamerykanów. Siła Bidena polega na tym, że kojarzy się on z ideą starych, dobrych czasów i chętnie obiecuje międzypartyjną współpracę. Jego wizja Ameryki to przede wszystkim stopniowe zmiany, zwiększanie liczby osób objętych programem Obamacare czy też darmowe studia, ale jak na razie tylko przez pierwsze dwa lata.

Jeśli Joe Biden zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, będzie drugim katolikiem na tym stanowisku i najstarszą osobą wybraną na tę pozycję.

Feel the Bern

Bernie Sanders jest na pewno kandydatem nietuzinkowym. Po pierwsze jest outsiderem, nie należy do Partii Demokratycznej, a ubiega się o jej nominację w wyborach prezydenckich. Jest jednym z dwóch niezależnych senatorów w USA, reprezentuje stan Vermont. Po drugie sam deklaruje się jako socjalista, czym czyni niemałe zamieszanie w Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym ruch socjalistyczny nigdy nie przebił się do głównego nurtu.

Nie jest to pierwsza próba uzyskania nominacji przez senatora Sandersa. Cztery lata temu konkurował z Hillary Clinton, z którą ostatecznie przegrał. Bernie zdobył jednak 43,1 proc. głosów w prawyborach, co było nadspodziewanie dobrym wynikiem. Mimo tego, że senator z Vermont ma 78 lat i w czasie obecnej kampanii przeszedł zawał serca, postanowił pójść za ciosem i tym razem wygrać. Cztery lata temu zjednoczyli się wokół niego przeciwnicy Hillary Clinton, pozwalając mu na uzyskanie dobrego wyniku; obecnie popiera go połowa z ówczesnych wyborców. Jego flagowymi postulatami są powszechna i publiczna opieka zdrowotna, darmowe studia i umorzenie długu studenckiego. Jego siłę stanowi wiarygodność, gdyż walczy o te sprawy od wielu lat.

Jeśli Bernie Sanders zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, będzie pierwszą osobą pochodzenia żydowskiego na tym stanowisku i najstarszym kandydatem wybranym na tę pozycję.

Mam na to plan

Wielu wyborców, którzy upodobali sobie 4 lata temu Sandersa jako progresywną siłę, dziś popiera Elizabeth Warren, senator z Massachusetts. Polityczka zaczęła kampanię bardzo źle. Kilka lat temu w mediach pojawiła się informacja, że Warren nieprawdziwie przypisywała sobie pochodzenie indiańskie. Z uwagi na to prezydent Trump zaczął nazywać ją „Pocahontas”. W 2018 r. senator Warren postanowiła wrócić do tematu i zrobiła sobie test DNA, który wykazał, że ma pochodzenie indiańskie w granicach od 1/64 do 1/1024. Naraziła się w ten sposób na śmieszność i wywołała gniew organizacji indiańskich, które uważają, że aby być rdzennym Amerykaninem należy pochodzić od konkretnego znanego z imienia członka plemienia, a nie tylko odznaczać się pewnym markerem genetycznym. Poparcie dla senator z Massachusetts się załamało.

Mimo złego początku, senator Warren zdołała odbudować swój wizerunek i zaczęła kojarzyć się z powiedzeniem mam na to plan (I have a plan for that). Jej propozycje zakładają głębokie reformy wielu aspektów amerykańskiego kapitalizmu, jak choćby wprowadzenie przedstawicieli pracowników do rad nadzorczych na wzór niemiecki. Warren w pewnym momencie mocno zbliżyła się w sondażach do Joe Bidena, jednak wtedy jej kampania znowu natrafiła na przeszkodę. Senator z Massachusetts próbowała odróżnić swój plan zdrowotny od planu Sandersa i zirytowała tym część swoich lewicowych wyborców, którzy odczytali to jako próbę wycofania się z planów powszechnej opieki zdrowotnej. Z drugiej strony, im wyższe było jej poparcie w sondażach, tym silniejszą lupę przykładały do jej programu media, pytając o finansowanie. Warren odpowiadała, że koszty reformy pokryje podatkiem od majątku dla zarabiających powyżej 50 milionów dolarów. Tutaj znowu umiarkowani wyborcy mieli wątpliwości, więc senator Warren wróciła na trzecie miejsce w sondażach.

Jeśli Elizabeth Warren zostanie prezydentką Stanów Zjednoczonych, będzie pierwszą kobietą na tym stanowisku i najstarszą osobą wybraną na tę pozycję.

Z burmistrza prezydent

Przez rok kampanii kolejni gubernatorowie i senatorowie rezygnowali z uczestnictwa w wyścigu o stanowisko prezydenta, nie będąc w stanie podekscytować wyborców swoją kandydaturą. Największą niespodzianką w szerokiej czołówce jest Pete Buttigieg, burmistrz South Bend, trzysta szóstego pod względem ludności miasta w Stanach Zjednoczonych. Kariera tego syna maltańskiego imigranta robi wrażenie. W czasie odbywania służby w wojsku udał się na misję do Afganistanu, a w wieku 29 lat został burmistrzem stutysięcznego miasta. Naturalnym kierunkiem dla Buttigiega byłby teraz start na gubernatora, senatora albo do Izby Reprezentantów. Jednakże „Burmistrz Pete” (nazywany tak z uwagi na trudne do wymówienia i zapisania nazwisko) postanowił wypłynąć od razu na głęboką wodę.

Ciekawa jest strategia wyborcza Buttigiega. Jako że w sondażach narodowych miał problem z przekroczeniem 10 proc. i był daleko w tyle za Bidenem czy Sandersem, postawił wszystko na dwie karty. Głosowanie nie odbywa się w całym kraju jednocześnie, ale kolejno w różnych stanach. Na pierwszy ogień poszły Iowa i New Hampshire. I tu objawiła się siła Buttigiega, gdyż skupił się on na tych stanach i przeszedł oczekiwania. „Burmistrz Pete” liczył na to, że jeśli wygra dwa pierwsze etapy prawyborów, to trend poniesie go do zwycięstwa i nominacji prezydenckiej.

Problemem Buttigiega jest to, że oba pierwsze stany prawyborcze nie są reprezentatywne dla USA. Mają one wyższy odsetek białej ludności niż przeciętny stan. To, że biały wyborca w Iowa zagłosuje na burmistrza Pete’a nie znaczy, że popchnie to Afroamerykanów z Karoliny Południowej czy Latynoski z Nevady do poparcia tego kandydata.

Jeśli Pete Buttigieg zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, będzie pierwszym otwarcie homoseksualnym prezydentem US i najmłodszą osobą wybraną na tę pozycję w historii.

Złote konie prawyborów

Warto wspomnieć o jeszcze dwóch kandydatach, którzy stanowią pewne znaki zapytania. Są to Michael Bloomberg i Tom
Steyer – miliarderzy, którzy wydają na reklamy w jednym tygodniu więcej niż Joe Biden w kwartał. O ile Bloomberg nie zdążył zarejestrować się w Iowie na czas, o tyle Steyera spotkała tam wyborcza katastrofa. 15 milionów dolarów zainwestowanych w reklamy przełożyło się na 3083 głosy i 0 delegatów. W Iowie się nie udało, ale w późniejszych stanach może być różnie. Dzięki olbrzymim środkom finansowym stać ich na łapanie wielu srok za ogon i prowadzenie kampanii tam, gdzie inni jeszcze nie dotarli. Z tej dwójki większą szansę ma Michael Bloomberg, były burmistrz Nowego Jorku, którego priorytetami są polityka klimatyczna i kontrola posiadania broni. Jeśli widzimy miliarderów w wyścigu prezydenckim, to nasuwa się nam na myśl sukces Donalda Trumpa. Podobieństwo jest jednak złudne – na tym etapie kampanii obecny prezydent od miesięcy prowadził w sondażach, a Steyer z Bloombergiem wloką się w tyłach.

Wracając do 2016

Nad tymi prawyborami wielkim cieniem kładzie się porażka sprzed czterech lat. Jej diagnoza jest raczej spójna: oferta Hillary Clinton nie była odpowiednio atrakcyjna dla klasy robotniczej ze stanów takich jak Wisconsin, Michigan i Pensylwania. Mimo że była Pierwsza Dama otrzymała 3 miliony głosów więcej niż konkurent, to 80 tys. głosów w tych trzech stanach przeważyło szalę w wyniku specyfiki systemu wyborczego USA.

O ile kandydaci zgadzają się co do problemu, o tyle diagnoza jego przyczyn jest różna. Joe Biden widzi szansę w odwoływaniu się do czasów, gdy Demokraci tam wygrywali, i w proponowaniu małych, szeroko popieranych reform. Senatorowie Sanders i Warren nie zgadzają się z tą wizją; chcą szeroko zakrojonych zmian, radykalnie poprawiających stan życia klasy robotniczej Stanów Zjednoczonych, licząc, że takie postulaty „porwą” tłumy.

Nagroda pocieszenia

Prawybory to nie tylko wielka gra o prezydenturę, lecz i kilkadziesiąt mniejszych personalnych rozgrywek o stanowiska. Można zostać sekretarzem edukacji albo prokuratorem generalnym, ale najlepszą z nagród pocieszenia jest fotel wiceprezydenta. Jedną z faworytek do tego stanowiska jest Kamala Harris, senator z Kalifornii, która próbowała swoich sił w prawyborach, ale mimo udanej pierwszej debaty jej kampania z czasem straciła parę. Inna możliwość to Stacey Abrams, która dwa lata temu, co prawda przegrała wybory na gubernatora stanu Georgia, ale swoją zawziętością podbiła wiele serc wśród Demokratów. Harris i Abrams byłyby dobrym wyborem dla całej czwórki liderów kampanii. Kandydaci mają też osobiste preferencje. Według przecieków kampania Sandersa sondowała, czy byłoby legalne zaoferowanie Warren jednocześnie stanowiska wiceprezydentki i sekretarz skarbu.

Media lubią spekulować głośnymi nazwiskami, jednak cztery lata temu o stanowisko wiceprezydenta ubiegali się niepozorni politycy z drugiego szeregu, Tim Kaine i Mike Pence. Możliwe, że teraz też czeka nas taki bezpieczny wybór. Tylko czy po szoku w 2016 r. nadal możemy łatwo ocenić, kto jest bezpiecznym, a kto ryzykownym kandydatem?

No votes yet.
Please wait...