Varia
Felieton
Piotr Filip MicułaGdy ruszą tramwaje…
W przeciętnie pełnym tramwaju warszawskim następuje zanik pojęcia osoby jako indywidualności fizycznej, w zamian za to przychodzi sublimacja i wzmocnienie wszelkich pierwiastków duchowych (…). Ciało więźnie w żywej, spoistej masie bliźnich (…); staje się komórką ludzkiej, warszawskiej, tramwajowej magmy.
Ta tramwajowa magma wylewa się potem na przystankach, na tych popularniejszych kształtując niezidentyfikowany tłum o nieznanym wektorze wypadkowym. W zakorkowanej Warszawie pojazdy te nierzadko zostają ostatnią deską ratunku dla spieszących się do pracy obywateli, dodatkowo często bywając patronami wszystkich tych, którzy z jakiegoś powodu zaspali tego dnia.
Ale jak tu nie być zaspanym, gdy słońce widnieje na sklepieniu coraz niżej, a pozbawiane stopniowo światła słonecznego dni, mimo trzymania regulaminowej normy dwudziestu czterech godzin, zdają się być coraz krótsze. Około godziny siedemnastej człowiekowi zaczyna zacierać się granica między dniem i nocą, coraz więcej zaczyna dziać się w nocy, przez co kolejne dni zaczynają tracić na swoim unikalnym znaczeniu.
Kakofoniczny stukot kół o przerwy dylatacyjne (metrum 2/4) o godzinie czwartej nad ranem u zdrowych na umyśle może wywołać dysonans poznawczy. Słysząc je człowiek nie jest w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy dzień się dopiero zaczyna, czy też właśnie się skończył. Uznanie tego stukotu za zwiastun nowego dnia lub podsumowanie dnia poprzedniego w każdym wypadku wiązałoby się z wymogiem dokonania zbyt skomplikowanego procesu myślowego.
Nie dziwi więc, że w tym koncercie sprzeczności można stracić głowę. Sam głowę straciłem dla tych wszystkich momentów, gdy zaspany wyglądałem przez okno w mieszkaniu wypatrując tego pierwszego, porannego tramwaju. Jego stukot wywołuje w mojej głowie uczucie podobne do tego, które czułaby samotna głowa tocząca się bezwładnie ulicami Warszawy. Zupełnie niczym głowa bułhakowskiego Berlioza, którego plama oleju skazała na śmierć pod sztywno przylegającymi do torów kołami tramwaju.
Wciąż tracę głowę dla tych warszawskich wehikułów, gdy pożółkłym światłem podkreślają napis Zajezdnia Żoliborz.
Foto__grafia
fot: Maciej Simm




